Pan Bondy nie spuszczał z niego oczu niby sędzia śledczy.
— Dlaczego rozdał pan te domy?
— Ja... ja musiałem, że tak powiem — odpowiadał Machat coraz bardziej zmieszany. — Tak mnie coś przymusiło. Musimy być świętymi, prawda?
Prezes nerwowo bębnił palcami po stole.
— A rodzina pana?
Machat zaczął się pięknie uśmiechać.
— O, my jesteśmy wszyscy tego samego zdania, wiecie panowie? Ci biedni ludzie są tacy święci. Są wśród nich chorzy. Córka moja im służy, ach tak. Wszyscy zmieniliśmy się tak bardzo!
G. H. Bondy spuścił oczy. Córka Machata. Elen, płowowłosa Elen, mająca siedemdziesiąt milionów, służy chorym! Elen, która mogła, która miała, która na poły zgodziła się zostać panią Bondy’ową! Bondy zagryzł usta. To się udało! Nie ma co mówić!
— Panie Machat — zaczął zduszonym głosem — chciałem się dowiedzieć, jak ogrzewa wasze domy ten nowy Karburator...
— O, wspaniale! Jest tak cudownie ciepło w tych wszystkich domach, jak gdyby były ogrzewane nieskończoną miłością! Wie pan — wywodził Machat ekstatycznie, ocierając oczy — kto tam wejdzie, staje się od razu innym człowiekiem. Jest tam jak w raju. Żyjemy jak w niebie, my wszyscy. O, przyjdźcie między nas!