— Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił — westchnął G. H. Bondy.
8. Na bagrownicy
Koło Sztiechowic32 stała bagrownica ME 28, znieruchomiała w wieczornym zmierzchu. Paternosterowa33 draga34 już dawno przestała wynosić chłodny piasek z dna Wełtawy. Wieczór był ciepły i bezwietrzny, pachnący skoszonymi trawami i wydechem lasu. Północny zachód jeszcze trochę płonął słodkim pomarańczowym blaskiem. Tu i ówdzie błysnęła fala boskim poblaskiem odbijającym niebiosa. Zajaśniała, zaszumiała i rozlała się w fosforyzującej gładzi wodnej.
Od Sztiechowic zbliżało się do bagrownicy czółno. Płynęło wolno, zmagając się z bystrym prądem, czarne na jaśniejącej rzece niby duży robak wodny.
— Ktoś jedzie do nas — ozwał się spokojnie bagrownik Kuzenda, siedzący na burcie bagrownicy.
— Dwóch — rzekł po chwili maszynista Brych.
— Ja już wiem, kto jedzie — rzekł pan Kuzenda.
— Kochankowie ze Sztiechowic — rzekł pan Brych.
— Muszę ugotować dla nich kawy — zadecydował pan Kuzenda i poszedł na dół.
— No więc, dzieci! — wołał Brych w kierunku czółna. — W lewo! W lewo! No, kobieto, podaj mi rękę, o tak! I siup na górę!