— Ja i Pepek — mówiła dziewczyna, stojąc już na pokładzie — my... myśmy chcieli...
— Dobry wieczór — witał się młody robociarz, stając tuż za nią. — Gdzież to pan Kuzenda?
— Pan Kuzenda gotuje kawę — rzekł maszynista. — Siadajcie, o, patrzcie, ktoś do nas płynie. To wy, piekarzu?
— To ja — ozwał się głos. — Dobry wieczór, panie Brych. Wiozę do was pocztowca i pana gajowego.
— No to chodźcie na górę, bracia — rzekł pan Brych. — Gdy pan Kuzenda ugotuje kawę, zaczniemy. Kto przyjdzie jeszcze?
— Ja — odpowiedział głos z boku bagrownicy. — Pan Hudec chciałby was także posłuchać.
— Witam pana, panie Hudec — mówił maszynista, pochylając się na dół. — Chodźcie na górę, tu jest drabinka. Poczekajcie, panie Hudec, zaraz wam podam rękę, bo pan tu jeszcze nie był.
— Panie Brych — wołali z brzegu jacyś trzej ludzie — niech pan pośle po nas czółno. Dobrze? Chcielibyśmy dostać się do was.
— Zajedźcie po nich, wy tam na dole! — rzekł pan Brych. — Niech się każdemu dostanie Słowa Bożego! Siadajcie, bracia, i ty, siostro. Nie ma u nas brudu od czasu jak opalamy maszynę Karburatorem. Brat Kuzenda przyniesie wam kawy, a potem zaczniemy. Witam was, młodzieńcy. Pójdźcie na górę!
Potem pan Brych stanął nad otworem wiodącym po drabinie na dół i zawołał w głąb bagrownicy.