— Halo, Kuzenda! Dziesięciu na pokładzie.
— Dobrze! — odpowiadał z głębi głuchy głos. — Już niosę kawę.
— Więc siadajcie — zwrócił się gorliwy głos Brycha do przybyłych. — Panie Hudec, my tu mamy tylko kawę; myślę, że to pana nie obrazi.
— Skądże! — zastrzegał się pan Hudec. — Chciałem tylko widzieć waszą — wasz — wasze posiedzenie.
— Nasze nabożeństwo — łagodnie poprawił go pan Brych. — Wie pan, my tu wszyscy jesteśmy braćmi. Trza panu wiedzieć, panie Hudec, że ja byłem alkoholik, a Kuzenda robił politykę, ale spłynęła na nas łaska. A ci bracia i siostry — mówił wskazując wokół — jeżdżą do nas co wieczór, aby się modlić o podobny dar ducha. Na przykład ten piekarz miał duszności, a Kuzenda go uzdrowił. No, powiedzcie, piekarzu, jak to było.
— Kuzenda wkładał na mnie ręce — mówił piekarz z cichym uniesieniem — i nagle rozlało mi się w piersi takie ciepło. Wie pan, coś we mnie jakby stuknęło, a ja zacząłem oddychać, jakbym latał po niebie.
— Zaraz, mój piekarzu — poprawił go Brych. — Kuzenda nie wkładał na was rąk. Przecie nie wiedział, że robi cud. Tylko zrobił ręką taki znak, a wyście potem powiedzieli, że możecie oddychać. Tak to było.
— My byliśmy obecni przy tym — opowiadała dziewczyna ze Sztiechowic. — Pan piekarz miał taki blask dokoła głowy. A mnie pan Kuzenda zażegnał potem suchoty35. Prawda, Pepku?
Młodzieniec ze Sztiechowic rzekł:
— To najczystsza prawda, panie Hudec. Ale dziwniejsze jest to, co się stało ze mną. Ja nie byłem porządnym człowiekiem, panie Hudec. Siedziałem też już w kryminale, wie pan, za kradzież i jeszcze za coś. Pan Brych mógłby panu dużo powiedzieć o mnie.