— E, co tam! — machnął Brych ręką. — Brakło panu tylko łaski. Ale tutaj, na tym miejscu, dzieją się dziwne rzeczy, panie Hudec. Może i sam pan to poczuje. Brat Kuzenda umie to powiedzieć, ponieważ dawniej bywał na wiecach. Patrzcie, już idzie.

Wszyscy odwrócili się ku otworowi, który prowadził z pokładu do maszynowni. Z otworu wynurzyła się brodata twarz z wymuszonym, zakłopotanym uśmiechem kogoś, kto jest od tyłu popychany i udaje, że nic o tym nie wie. Kuzendę widać było aż po pas. W obu rękach niósł duży kawał blachy, a na nim garnuszki i puszki od konserw. Uśmiechał się niewyraźnie i wznosił się stale. Już ukazały się jego stopy, a pan Kuzenda wznosił się wciąż jeszcze coraz wyżej i wyżej ze swoimi garnuszkami. Dopiero o jakieś pół metra nad otworem zatrzymał się, niezgrabnie szukając stopami oparcia dla nóg. Wisiał swobodnie w powietrzu i widać było jak się wysila, aby nogami dotrzeć do ziemi. Pan Hudec był jakby omamiony.

— Co się panu stało, panie Kuzenda? — zapytał wystraszony.

— Nic, nic — zagadywał Kuzenda i odpychał się nogami od powietrza.

Pan Hudec przypomniał sobie, że nad jego dziecinnym łóżeczkiem wisiał kiedyś obrazek Wniebowstąpienia Pańskiego i że na tym obrazku Chrystus z apostołami zupełnie tak samo wisieli w powietrzu i wiosłowali nogami, tylko że nie mieli takiego zakłopotanego wyrazu twarzy. Nagle Kuzenda poruszył się ku przodowi i płynął, płynął skroś wieczorowe powietrze nad pokładem, jak gdyby był unoszony łagodnym wiewem. Chwilami podnosił stopę, jakby chciał uczynić krok naprzód i najwyraźniej obawiał się o swoje garnuszki.

— Proszę was, weźcie tę kawę — rzekł natarczywie.

Maszynista Brych podniósł obie ręce i przyjął blachę razem z garnuszkami. Wówczas Kuzenda zwiesił nogi, skrzyżował ręce na piersi i wisiał w powietrzu bez ruchu z głową nieco przechyloną na bok.

— Witam was, bracia — rzekł. — Nie bójcie się, że latam. To tylko taki znak. Panienko, proszę wziąć ten garnuszek z kwiatami.

Maszynista Brych rozdawał garnuszki i blaszanki. Nikt nie odważył się przemówić. Tacy, co tu jeszcze nie byli, przyglądali się uważnie lewitacji Kuzendy. Starsi goście powoli siorbali kawę i, między jednym a drugim duszkiem, jakby się modlili.

— Czy już wypiliście? — zapytał po chwili Kuzenda, szeroko otwierając wyblakłe, zachwycone oczy. — No, to ja zacznę. — Odchrząknął, przemyślał chwilę i zaczął. — W imię Ojca! Bracia i siostro, zebraliśmy się na nabożeństwo na tej tu bagrownicy, gdzie dzieją się objawienia łaski. Nie potrzebujemy odsyłać precz niedowiarków i szyderców, jak to robią spirytyści. Pan Hudec przyszedł jako niedowiarek, a pan gajowy cieszył się, że będzie jakaś bujda. Witam jednego i drugiego. Ale żebyście wiedzieli, że was znam przez tę łaskę oświecającą, więc ci powiem, panie gajowy, że jesteś chlajus i że wypędzasz z lasu biedaków, a pyskujesz nawet wtedy, gdy nie trza. Nie rób tego. A wy, panie Hudec, jesteście złodziej nie lada, no już wy wiecie, co mam na myśli, i złośnik aż strach. Wiara was naprawi i zbawi.