Na pokładzie panowała głęboka cisza. Pan Hudec zawzięcie patrzył w ziemię. Gajowy szlochał, pociągał nosem i roztrzęsioną ręką macał się po kieszeni.
— Ja wiem, panie gajowy, że chciałby pan zakurzyć — rzekł Kuzenda tkliwie. — Pal pan na zdrowie. Tu jesteś jak w domu.
— Rybeczki — szepnęła dziewczyna i wskazywała na powierzchnię Wełtawy. — Patrz, Pepek, i te karpie przyszły słuchać.
— To nie karpie — ozwał się łaski pełen Kuzenda. — To szewcy, czyli okunie. A wy, panie Hudec, nie rozpaczajcie nad swymi grzechami. Spojrzyjcie na mnie: mnie nic nie obchodziło, tylko ta polityka. A ja wam powiem, że i to jest grzech. A wy, gajowy, nie beczcie. Nie chciałem was urazić aż tak znowu. Kto raz pozna łaskę, widzi wszystko na wylot. No gadaj, Brychu, że widzisz każdego na wylot aż do głębi duszy?
— Widzę — rzekł pan Brych. — Ten pan pocztowiec myśli sobie akurat, że mógłbyś poratować także jego córeczkę. Ona ma skrofuły36, prawda, panie pocztowiec? Już on jej pomoże, pan Kuzenda, gdy ją tu przyprowadzicie.
— Mówią mądrale, że zabobony — mówił Kuzenda. — Bracia kochani, gdyby mnie ktoś był dawniej mówił o cudach i o Bogu, to byłbym się zdrowo uśmiał. Taki byłem zepsuty. Kiedy dostaliśmy na naszej bagrownicy tę nową maszynę, co idzie bez opalania, skończyła się dla nas wszelka taka brudna robota. A tak, panie Hudec, to był pierwszy cud, który się tu stał, że ten Karburator robi wszystko sam, jakby miał rozum. Nawet nasza bagrownica płynie sama z siebie tam, gdzie jest potrzebna do rycia dna, sama zacznie robotę i sama ją kończy. Więc my obaj, niby ja i Brych, nie potrzebujemy niczego tknąć. Niech mi kto powie, czy to nie jest cud. Więc gdyśmy taką rzecz widzieli, no nie, panie Brych, zaczęliśmy rozmyślać, aż nam w głowie pojaśniało. To jest boska bagrownica, to jest żelazny kościół, a my tu jesteśmy tylko niby księża. Ponieważ Pan Bóg objawiał się w źródełkach albo też jak to u dawnych Greków w dębach, a czasem nawet w niewiastach, czemu nie miałby się objawiać na bagrownicy? Dlaczego miałby się brzydzić maszyną? Maszyna jest czasem czyściejsza niż zakonnica, a nasz Brych ma wszystko wyczyszczone na glanc niby w kredensie. Ale to tylko tak mimochodem. I żebyście wiedzieli, że Bóg nie jest taki nieskończony, jak mówią katolicy. Ma od końca do końca jakie sześćset metrów i u końców jest już słabawy. Najmocniejszy jest tu na bagrownicy. Tutaj robi cuda, ale na brzegu robi już tylko natchnienia i nawrócenia, a w Sztiechowicach, przy dobrym wietrze, czuć go już tylko jako taki święty zapach. Wiosłowali tu wioślarze z „Błyskawicy” i „C. V. K.” i na wszystkich spadła łaska. Taką siłę ma nasz Bóg. A czego ten Bóg od nas chce, to można odczuć tylko tu w środku — nauczał Kuzenda uderzając się mocno w serce. — Ja wiem, że nie cierpi on polityki i pieniędzy, rozumu i pychy, i wywyższania siebie. Wiem, że strasznie lubi ludzi i zwierzęta, że bardzo Mu przyjemnie, gdy tu przychodzicie i że popiera dobre uczynki. Ogromny z Niego demokrata, kochani bracia. Nas obu, to jest Brycha i mnie, pali w kieszeni każdy grosz, dopóki nie kupimy za niego kawy dla wszystkich. Onegdaj, przy niedzieli, było tu kilkaset ludzi i siedzieli na obu brzegach, a kawa nam się rozmnożyła, tak, że starczyło jej dla wszystkich. I to jakiej kawy! Ale to są, drodzy bracia, tylko znaki. Największym cudem jest to, że On tak może zmieniać nasze uczucia. To jest tak strasznie przyjemne, aż mróz ci przebiega po ciele. Czasem bywa ci tak, jakbyś od samej miłości i szczęścia musiał umrzeć, jakbyś był za jedno z tą wodą pod nami i ze wszystkimi zwierzątkami, i z ziemią, i z kamieniami, albo jak gdybyś leżał w takich ogromnych objęciach. No, tego nikt nie potrafi powiedzieć, jak ci bywa, człowieku. Wszystko dokoła śpiewa i gędzie37, rozumiesz nagle każdy z tych niemych języków, wodę i wiatr, wszystko widzisz, jak się jedno z drugim wiąże, a także z tobą, wszystko raptem widzisz lepiej, niż gdybyś czytał wydrukowane. Czasem to przyjdzie do ciebie niby napad choroby, aż ci się piana pokaże u gęby, ale innym razem wszystko idzie pomalutku i przelezie was ta siła aż do ostatniej żyłki. Bracia i siostro, nic się nie bójcie. Teraz płyną do nas dwaj żandarmi, żeby rozwiązać nasze zgromadzenie, iżeśmy go nie zameldowali. Ufajcie bagrownicowemu Bogu i czekajcie spokojnie.
Było już ciemno, ale cały pokład bagrownicy i twarze obecnych fosforyzowały tkliwym blaskiem. Pod bagrownicą zaszumiały wiosła i zatrzymała się łódka.
— Hola! — zawołał męski głos. — Czy jest tam pan Kuzenda?
— Jest tutaj! — odpowiedział Kuzenda głosem cherubina. — Pójdźcie do nas, bracia żandarmi. Ja wiem, że mnie oskarżył karczmarz ze Sztiechowic.
Dwaj żandarmi weszli na pokład.