Pan Bondy zaczął spoglądać na świat jasnymi oczyma. Aha, tu oto idzie jakaś młoda kobitka. Idzie sobie ładnie i elastycznie. Jaka też jest od frontu? Pan Bondy przyśpieszył kroku, prześcignął ją i uchylił się nagle grzecznym łukiem. Ale widocznie się rozmyślił, bo obrócił się na pięcie tak szybko, że omal nie zderzył się z nią nosem w nos.
— Pani, panno Elen — rzekł z pośpiechem. — Nie przypuszczałem, że... że...
— Wiedziałam, że pan idzie za mną — mówiło dziewczę, spuściwszy oczy i przystanąwszy.
— Pani przeczuwała — mówił Bondy uradowany. — Właśnie myślałem o pani.
— Ja czułam pańską zwierzęcą chuć — rzekła Elen cicho.
— Moją co...?
— Pańską zwierzęcą chuć. Pan mnie nie poznał. Tylko obmacywał mnie pan oczami, jakbym była na sprzedaż.
G. H. Bondy się zachmurzył.
— Panno Elen, czemu pani pragnie mnie obrażać?
Elen zakręciła głową.