— Wszyscy to robią. Wszyscy, wszyscy są jednacy. Tak rzadko spotyka się czyste oczy.

Pan Bondy złożył usta do gwizdnięcia. Aha, już wiemy: gmina religijna starego Machata!

— Tak — odpowiedziała Elen na jego myśl. — Powinien pan zachodzić czasem między nas.

— Ależ z przyjemnością! — zawołał pan Bondy i pomyślał przy tym, że szkoda tak ładnej dziewczyny.

— Dlaczego szkoda? — zapytała Elen łagodnie.

— Hola, panno Elen — zaprotestował Bondy — pani czyta moje myśli. To nieuczciwie. Gdyby ludzie odczytywali swoje myśli, nie mogliby utrzymywać z sobą przyzwoitych stosunków. Przecież to niedelikatność, żeby wiedzieć, co sobie myślę.

— Cóż ja zrobię? — mówiła Elen. — Każdy, kto pozna Boga, ma ten dar. Każda pańska myśl myśli się równocześnie we mnie. Ja jej nie czytam, ja mam ją sama. Gdyby pan wiedział, jak to człowieka oczyszcza, gdy może osądzić każdą utajoną nikczemność!

— Hm — mruknął pan Bondy drżąc, aby czego nie pomyśleć.

— Naprawdę — zapewniała go Elen. — Mnie to z pomocą bożą wyleczyło z miłości do bogactwa. Starsznie byłabym rada, gdyby i panu spadło bielmo z oczu.

— O, nie daj Boże! — przeraził się Bondy. — A, proszę pani, czy pani rozumie wszystko to, co pani hm, w ludziach no... widzi?