— O, jak najdokładniej.
— No to niech pani słucha, panno Elen — rzekł Bondy — mogę pani powiedzieć wszystko, i tak by to sobie pani we mnie przeczytała. Nigdy nie mógłbym pojąć żony, która czytywałaby moje myśli... Święta mogłaby sobie być, owszem; miłosierna wobec ubogich bez ograniczeń; zarobię na to i jest to reprezentacyjne. Nawet cnotę zniósłbym ostatecznie, z miłości dla pani. Wszystko bym zniósł. Kochałem panią na swój sposób, panno Elen. Mówię to pani, bo pani sama to czyta. Ale bez skrytych myśli, panno Elen, nie ma ani handlu, ani obcowania z sobą. Głównie zaś bez skrytych myśli nie ma małżeństwa. To jest wyłączone, panno Elen. I choćby pani znalazła najświętszego człowieka, niech pani nie wychodzi za niego, dopóki może pani odczytywać jego myśli. Trochę ułudy, to jedyny nie zawodzący środek łączący ludzi. Święta Elen, nie wychodź za mąż!
— Dlaczego nie? — rzekła święta Elen słodko. — Nasz Bóg nie jest przeciwny naturze. Uświęca ją tylko. Nie żąda od nas umartwienia. Nakazuje nam życie i płodność. Chcę, abyśmy...
— Hola! — przerwał jej G. H. Bondy. — Wasz Bóg tego nie rozumie. Jeśli pozbawia nas złudy, to jest zdecydowanie przeciwny naturze. Jest po prostu niemożliwy, Elen, absolutnie niemożliwy. Musi to zresztą i sam zrozumieć. Albo jest zupełnie niedoświadczony, albo też zupełnie i zbrodniczo destrukcyjny. Szkoda, panno Elen. Ja nie jestem wrogiem religii, ale ten wasz Bóg nie wie, czego żądać, a czego nie żądać. Niech pani idzie na pustynię ze swoim jasnowidztwem, święta Elen. Dla nas, ludzi, taka rzecz się nie nadaje. Żegnaj, święta Elen, i raczej do niewidzenia.
11. Pierwsze starcie
Dotychczas nie ustalono, w jaki sposób to się stało, ale właśnie wtedy, kiedy to fabryczka inżyniera R. Marka (Brzewnow, ul. Mixa 1651) była obsadzona przez detektywów i otoczona kordonem policyjnym, nieznani sprawcy skradli doświadczalny Karburator Marka. Pomimo usilnych dochodzeń wszelki ślad skradzionej maszyny zaginął.
W jakiś czas potem właściciel karuzeli, Jan Binder, kupował naftowy motorek dla karuzeli i orkiestrionu u handlarza starym żelastwem na placu Hasztalskim. Handlarz zaproponował mu duży miedziany wałek z kołem pędnym i powiedział mu, że to bardzo tani motor. Nasypiesz troszeczkę węgla do środka i pędzi maszyna całe miesiące. Jan Binder powziął wprost ślepe zaufanie do miedzianego wałka i kupił go za trzy setki. Sam go sobie potem podwiózł na wózku do swej karuzeli, która stała właśnie koło Zlichowa51 i miała zepsuty napęd.
Jan Binder zrzucił marynarkę, zdjął z wózka miedziany wałek i pogwizdując zabrał się do roboty. Na walcu umocował koło pędne, na koło założył pas i przerzucił go na inny walec, który miał jednym końcem uruchamiać karuzelę, drugim zaś orkiestrion. Potem naoliwił łożyska, pchnął koło i wsadziwszy ręce w kieszenie i pogwizdując sobie, stał w pasiastym trykocie, czekając w zamyśleniu co też się stanie. Koło obróciło się trzy razy dokoła swej osi i stanęło: potem zadygotało, zatrzęsło się i zaczęło kręcić się cicho, poważnie. Raptem ozwał się orkiestrion wszystkimi swoimi bębenkami i piszczałkami, karuzela otrząsnęła się i zaczęła kręcić się płynnie. Zaiskrzyła się srebrna frędzla, białe konie w czaprakach pociągnęły czerwonymi lejcami książęce karoce, jeleń o dziko wytrzeszczonych oczach płynął wokoło, wspięty do skoku, łabędzie o szlachetnych szyjach wlokły za sobą swe bielutkie i błękitne łodzie... Iskrząc się, brzęcząc muzyką, roztaczała karuzela swoją rajską krasę przed nieruchomymi oczami trzech Gracyj wymalowanych na orkiestrionie zachłystującym się własną muzyką.
Jan Binder stał ciągle z ustami złożonymi do gwizdania i z rękoma w kieszeniach. Spoglądał na swoją karuzelę jak we śnie, oczarowany czymś nowym i przepięknym. Ale już nie był sam. Zapłakane i umorusane dziecko ciągnęło ku karuzeli swoją młodą piastunkę i stanęło przed nią z oczyma ogromnymi i z buzią otwartą szeroko w zachwycie. I piastunka wytrzeszczyła oczy i stała jakby w olśnieniu. Karuzela krążyła, cudownie płonąca, majestatyczna, wspaniała jak święto. Raz pędziła w szalonym namiętnym wirze, to znów kołysała się jak statek ciężki woniami Indyj52, albo płynęła jak złoty obłok wysoko na niebie. Zdawało się, że wznosi się oderwana od ziemi, że goreje, że śpiewa. Nie, to śpiewa orkiestrion. Teraz zachłystuje się kobiecymi głosami, na które spada złocisty deszcz harfianych tonów, to znów huczy jak dziewiczy las czy organy, ale z głębi dziewiczego lasu lecą śpiewając ptaki i siadają ci na ramionach. Złote trąby zwiastują wjazd zwycięzcy, czy może całego wojska, połyskującego ognistymi mieczami. A kto tu śpiewa taki uroczysty hymn? Tysiące machają palmami, niebo się otwiera i przy łomocie bębnów spływa na ziemię śpiew samego Boga.
Jan Binder podnosi rękę, ale karuzela zatrzymuje się nagle i nachyla się rozwartymi objęciami ku dziecięciu. Dziecię drepce ku karuzeli, jakby szło do rozwartej bramy raju, a piastunka jak we śnie idzie za nim i sadowi je w łabędziej łodzi.