— Dzisiaj darmo — rzekł Binder ochryple, orkiestrion zaśpiewał i karuzela popłynęła, jakby się wznosiła do nieba. Co to? Przecież nie kręci się już karuzela, ale cała ziemia wiruje w koło, Zlichów ze swoim kościołem opisuje olbrzymie kolisko, podolskie sanatorium sunie razem z Wyszehradem i przetacza się na drugi brzeg Wełtawy. Ależ tak, cała ziemia obraca się dokoła karuzeli, krąży coraz szybciej, wiruje jak turbina. Tylko karuzela stoi pośrodku, kołysząc się łagodnie niby statek, na którego pokładzie chodzą białe konie, jelenie, łabędzie i małe dziecko, które za rękę prowadzi piastunkę i głaszcze zwierzęta. Ależ tak, ziemia kręci się jak szalona i tylko karuzela jest lubą wysepką spokoju i odpoczynku. I Jan Binder, zataczając się, z żołądkiem wzburzonym, porażony wirowaniem ziemi, z rękoma wzniesionymi idzie, utykając ku karuzeli, chwyta się tyki i wskakuje na jej spokojny pokład.
Teraz dopiero widać, jak dygoce ziemia, falując niby wzburzone morze, lecz co to? Z domków wybiegają wystraszeni ludzie, wymachują rękoma, zataczają się i padają, unoszeni jak na olbrzymim wirującym kole. Binder mocno trzyma się tyki, nachyla się ku nim i ryczy: — Do mnie, ludkowie, do mnie!
A ludzie widzą promieniującą karuzelę, spokojnie wznoszącą się nad wirującą ziemią i zataczając się pędzą ku niej. Binder trzymając się tyki podaje im wolną rękę i wyciąga ich z fal ziemi. Dzieci, babki i wujaszkowie stoją teraz uratowani na pokładzie karuzeli, oddychają spokojniej po tym wielkim lęku i dziwują się widząc, jak ziemia obraca się dokoła. Już wszystkich Binder wyratował i wciągnął na pokład, ale jeszcze biega tu jakieś czarne psisko, skuczy ze strachu i chciałoby dostać się na wierzch, ale ziemia unosi je coraz szybciej i szybciej, kręcąc się dokoła karuzeli. Więc Binder kucnął, wysunął rękę na dół, schwycił psa za obrożę i wciągnął na karuzelę.
Teraz zaintonował orkiestrion pieśń dziękczynienia. Brzmiała ona niby chór rozbitków, w którym szorstkie głosy marynarzy mieszają się z dziecięcymi modlitewkami. Nad rozpętaną burzą sklepia się melodyjna tęcza (h-moll) i niebo rozgarnia się uszczęśliwionym blaskiem skrzypcowego pizzicata. Rozbitkowie na karuzeli Bindera stoją, milcząc, z głowami obnażonymi. Kobiety poruszają ustami w niemej modlitwie, a dzieci zapominają już o przeżytych okropnościach i odważają się głaskać twardy pyszczek jelenia i wiotkie szyje łabędzi. Białe konie cierpliwie pozwalają dziecięcym nóżkom wdrapywać się na siodła: czasem który z nich zarży i mądrze grzebnie kopytem. Ziemia kręci się już znacznie wolniej, a Jan Binder, wysoki w pasiastym trykocie bez rękawów, zaczyna nieumiejętnie przemawiać:
— Tak, ludkowie, zebraliśmy się tutaj, uciekłszy mitręgom wszelkim i zamętowi świata tego. Tutaj jest pokój boży śród burzy, tu jesteśmy poukładani w Panu Bogu jak w pościeli. To jest znak, że mamy uciekać z tej ziemskiej kołowacizny i uchylać się w objęcia boże, amen.
W podobny sposób przemawiał tedy Jan Binder, a ludzie na karuzeli słuchali słów jego jak w kościele. Wreszcie ziemia się zatrzymała, orkiestrion cicho i pobożnie preludiował53, a ludzie zeskakiwali z karuzeli. Jan Binder zaznaczył jeszcze, że to było darmo, i odpuszczał ich nawróconych i zbudowanych. A gdy potem koło godziny czwartej spacerowały mamusie z dziećmi i starzy emeryci między Zlichowem i Smichowem, orkiestrion znowu się rozdźwięczał, a ziemia znowu krążyć zaczęła, Jan Binder ponownie wszystkich uratował na pokładzie karuzeli i uspokoił ich przygodnym kazaniem. O szóstej szli robotnicy z pracy, o ósmej wynurzyli się ze zmierzchu kochankowie, a jeszcze po dziesiątej włóczyły się łaziki idące z szynków i kin. Wszyscy po kolei bywali porywani wirem ziemi i ratowani na pokładzie karuzeli, gdzie uspokajały ich odpowiednie słowa Jana Bindera.
Po tygodniu tej duszozbawczej działalności karuzela pana Bindera opuściła Zlichów i wędrowała dalej wzdłuż Wełtawy do Chuchli54, Zbrasławia55, a w końcu do Sztiechowic. W Sztiechowicach pracowała już cztery dni z ogromnym religijnym powodzeniem, gdy doszło do zdarzenia nieco niejasnego.
Jan Binder dokończył właśnie kazanie i z błogosławieństwem odpuszczał nowych uczniów swoich, gdy wtem z mroku wynurzył się ciemny milczący tłum. Na jego czele kroczył wysoki, brodaty mężczyzna i podszedł prosto do Bindera.
— Więc tak — rzekł, przezwyciężając wzburzenie — spakuj pan swoje manatki, bo jak nie, to...
Wierni binderowcy usłyszeli te słowa i zawracali ku swemu nauczycielowi. Binder, czując za plecami swoich ludzi, odpowiedział stanowczo: