— Jak będzie po deszczu.

— Miarkuj się pan — rzekł inny wzburzony mąż. — Mówi z panem sam pan Kuzenda.

— Daj pan spokój, panie Hudec — rzekł brodaty mąż. — Ja załatwię z nim tę sprawę sam. Więc mówię wam po raz drugi: spakuj się pan, bo wam cały ten kram rozwalę w imię Pańskie.

— No to wy sami idźcie do domu — odpowiedział Binder — bo wam w imię Pańskie wybiję zęby.

— Do stu tysięcy! — zawołał maszynista Brych, wysuwając się na czoło tłumu. — Niech spróbuje!

— Bracie — rzekł łagodnie Kuzenda — najprzód po dobremu. Panie Binder, pan tu robisz oszukańcze gusła, a my tego nie ścierpimy tak blisko naszej bagrownicowej świątyni.

— Szwindlowa bagrownica — rzekł Binder z wielką pewnością siebie.

— Coś pan powiedział? — zawołał Kuzenda dotknięty do żywego.

— Szwindlowa bagrownica.

Co było potem trudno rozwikłać i ustalić. Zdaje się, że pierwszy ruszył piekarz z obozu Kuzendy, ale Binder dał mu pięścią w łeb. Gajowy uderzył Bindera kolbą fuzji w pierś, ale w następstwie fuzję stracił, a pewien młodzieniec ze Sztiechowic (z obozu Bindera) wybił nią Brychowi przednie zęby i zrzucił kapelusz panu Hudecowi. Pocztowiec (zwolennik Kuzendy) dusił jakiegoś smyka Binderowego. Binder przyskoczył mu na pomoc, ale dziewczyna ze Sztiechowic rzuciła się na niego od tyłu i ugryzła go w ramię, gdzie pan Binder miał wytatuowanego czeskiego lwa56. Któryś z ludzi Bindera dobył noża, gromada Kuzendy cofała się pozornie, ale mniejsza jej część rzuciła się na karuzelę, strąciła jeleniowi poroże i skręciła jeden ze szlachetnych karków łabędzich. Raptem westchnęła karuzela, pochyliła się i jej strzecha spadła na walczącą grupę. Kuzenda uderzony tyką stracił przytomność. Wszystko odbywało się w ciszy i w ciemności. Gdy przybiegli ludzie, Binder miał złamany obojczyk, Kuzenda leżał w omdleniu, Brych wypluwał zęby i krew, a dziewczę ze Sztiechowic histerycznie szlochało. Inni się porozbiegali.