12. Docent prywatny
Młody uczony, doktor filozofii Blahouš, liczący sobie dopiero lat pięćdziesiąt i pięć, z zawodu docent prywatny57 porównawczej religiologii na uniwersytecie Karola, zacierał ręce, zasiadając nad pociętymi kartkami papieru. Jakby mimochodem napisał nagłówek: „Zjawiska religijne ostatnich czasów” i zaraz zaczął pisać swój artykuł: „Spór o definicję pojęcia »religia« trwa już od czasów Cycerona...” Napisawszy te słowa, zamyślił się. Ten artykuł — pomyślał — poślę do „Czasu”. Zobaczycie, panowie koledzy, jaki szum powstanie koło niego! Co za szczęście dla mnie, że akurat teraz wybuchła ta gorączka religijna! Aktualny będzie artykulasik! Nasze gazety będą pisały: „Młodszy nasz uczony, dr fil. Blahouš, wydrukował właśnie wnikliwe studium itd. Potem otrzymam stanowisko profesora nadzwyczajnego i koledzy popękają z zawiści. Młody uczony znowu zatarł ręce przywiędłe już po trosze, aż mu w palcach radośnie zatrzeszczało, i zabrał się do roboty. Gdy wieczorem gospodyni przyszła zapytać, co chciałby na kolację, dotarł już był do ojców kościoła i kończył kartkę sześćdziesiątą. O godzinie dwudziestej trzeciej miał zapisanych kartek 115 i zbliżał się właśnie do definicji pojęcia religii, w której jedno słowo było całkiem inne, niż w definicji jego poprzednika. Potem zwięźle omówił metody ścisłej wiedzy religiologicznej (z kilku chlaśnięciami polemicznymi) i tym zakończył krótki wstęp do swego artykułu.
Mijała już północ, kiedy nasz docent pisał: „Właśnie w ostatnich czasach wynurzyły się różne zjawiska religijne i kultyczne, które zasługują na uwagę ścisłej wiedzy religiologicznej. Chociaż właściwym zadaniem jej jest badanie zjawisk religijnych narodów dawno wymarłych, to jednak i żywa teraźniejszość może dostarczyć współczesnemu, dr Blahouš podkreślił przymiotnik współczesnemu, badaczowi wielu spostrzeżeń, które mutatis mutandis58 rzucą snop światła na kulty starożytne, dostępne w gruncie rzeczy jedynie naszym domysłom”.
Potem podług gazet i ustnych świadectw opisał kuzendyzm, w którym znalazł ślady fetyszyzmu, a nawet totemizmu (bagrownica jako totemowy bóg Sztiechowic). U Binderowców stwierdził kultyczne pokrewieństwo z tańczącymi derwiszami i ze starymi kultami orgiastycznymi. Nie ominął zjawisk przy otwarciu elektrowni i z zadziwiającą bystrością spostrzegacza związał je z perskim kultem ognia. W religijnej gminie starego Machata odkrył rysy ascetyczne i fakirskie; cytował różne przypadki jasnowidzenia i cudownego uzdrawiania, które całkiem trafnie przyrównał do czarownictwa dawnych środkowo-afrykańskich szczepów murzyńskich. Nieco obszerniej omówił zjawisko epidemii psychicznych i sugestii tłumów, przypomniał pochody biczowników, wyprawy krzyżowe, chiliazm59 i malajski amok60. Objaśnił ruchy religijne ostatnich czasów z dwóch psychologicznych punktów widzenia: jako przypadłości zwyrodniałych histeryków i jako zbiorową epidemię psychiczną zabobonnych mas mniej wartościowych. W obu wypadkach demonstrował atawistyczny przejaw prymitywnych form kultycznych wraz ze skłonnościami do animistycznego panteizmu i szamanizmu, do religijnego komunizmu przypominającego nowochrzczeńców i w ogóle niedowład czynności rozumowej przy wybujałościach najniższych popędów zabobonności czarownickiej, okultycznej61, mistycznej i bałwochwalczej.
„Nie będziemy tu rozstrzygali — pisał dalej dr Blahouš — jak dalece chodzi tu o szarlataństwo i oszustwo jednostek wyzyskujących łatwowierność ludu; przy badaniu naukowym pokazałoby się z pewnością, że domniemane »cudy« dzisiejszych cudotwórców są jedynie starymi, dobrze znanymi kawałami bałamutnej sugestii. Urzędom bezpieczeństwa i psychiatrom zalecamy z tej dziedziny życia codziennie powstające »gminy religijne«, sekty i kółka. Ścisła wiedza religiologiczna ustala, że wszystkie te zjawiska religijne są w gruncie rzeczy barbarzyńskim atawizmem i chaotyczną mieszaniną najdawniejszych pierwiastków kultycznych, żyjących podświadomie w ludowej wyobraźni. Wystarczyło paru fanatyków, szarlatanów i zdeklarowanych maniaków, aby pod powłoką cywilizacji przebudziły się w europejskiej ludzkości owe przedhistoryczne motywy wiar religijnych, które...”
Dr Blahouš powstał znad biurka. Właśnie dopisał był 346 ćwiartkę swego artykuliku, ale nie czuł się jeszcze zmęczony. Muszę przygotować efektowne zakończenie — pomyślał: parę myśli o postępie wiedzy, o podejrzanej życzliwości rządu dla religianckiego zaboboństwa, o konieczności zmontowania bojowego frontu przeciwko reakcji i tak dalej.
Młody nasz uczony, uskrzydlony entuzjazmem i natchnieniem, podszedł do okna i wychylił się ku cichej nocy. Było pół do piątej rano. Dr Blahouš patrzył w ciemną ulicę, drżąc nieco od chłodu. Wszędzie było martwo, ani jedno światełko nie czuwało w ludzkich oknach. Docent prywatny podniósł oczy ku niebu; bladło już po trosze, ale iskrzyło się gwiazdami w bezmiernym majestacie.
— Jak dawno nie popatrzyłem na niebo! — westchnął naukowiec. — Mój Boże, będzie temu przeszło trzydzieści lat!
Tkliwy wietrzyk powiał mu na czoło, jakby ktoś ujął jego głowę przeczystymi, chłodzącymi rękoma. — Jestem zawsze taki samotny, zawsze taki samotny! — pomyślał ze smutkiem stary człowiek.
— Och, pogłaszcz mnie trochę po włosach! Już trzydzieści lat nikt nie położył mi dłoni na czole!