Wyobraźcie sobie, że w jakiejkolwiek fabryce, na przykład w fabryce ćwieczków, zatrudniono Perfect Carburator jako najtańszy napęd, zamiast parowego kotła. Absolut wydzielający się stale z atomowego motoru, z wrodzoną sobie inteligencją już w ciągu doby spenetrował sposoby produkcji i z całą swoją nieokiełznaną aktywnością czy, być może, ambicją, rzucił się na tę produkcję: zaczął na własną rękę bić ćwieczki. A gdy się rozpędził, nie dał się już zatrzymać. Maszyny, przez nikogo nie dozorowane i nie kierowane, miotały ćwieczki. Zapasy żelaza przygotowane do przerobienia na ćwieczki podnosiły się płyta po płycie, sunęły w powietrzu i wkładały się we właściwe miejsca obrabiarek. Było to na pierwsze spojrzenie wprost upiorne. Gdy materiał się kończył, żelazo wykwitało z ziemi, grunt dokoła fabryki pocił się czystym żelazem, jakby wyssanym z głębin ziemi, po czym żelazo wznosiło się na wysokość mniej więcej metra i wślizgiwało się w maszyny ruchem urywanym, jakby było popychane.
Proszę dobrze uważać: ja mówię wprawdzie, że „żelazo się podnosiło”, albo że „żelazo się wślizgiwało”, ale wszyscy naoczni świadkowie określają swoje wrażenie tak, jak gdyby żelazo było podnoszone nieustępliwą, ale niewidzialną siłą, przemocą i z tak dostrzegalnym a skupionym wysiłkiem, że widok tego wzbudzał zgrozę. Dostrzegało się tu straszliwy wysiłek, który towarzyszył temu, co się działo. Może ktoś z was bawił się spirytyzmem i widział „lewitację stołu”. Taki świadek lewitacji przyzna mi, że stół nie podnosił się po prostu z jakąś zdematerializowaną lekkością, ale z jakimś kurczowym wysiłkiem: że zatrzeszczał we wszystkich wiązaniach, otrząsł64 się, wspiął i wreszcie dźwignął się, jakby podnoszony siłą zmagającą się z nim uporczywie.
Ale ja mam opisać straszliwą niemą walkę, która zmusza żelazo do dźwigania się z głębi ziemi, ugniata je w sztaby, wsuwa do maszyn, siecze z nich ćwieczki! Sztaby zwijają się jak bicze, opierają się ruchowi, który je popycha, szczękają i zgrzytają śród ciszy, w niematerialnej niemocie, która się z nimi zmaga. Wszystkie współczesne opisy zaznaczają zgrozę tego widoku.
Oczywiście, cud, ale nie myślcie, że cud jest czymś bajecznie łatwym i prostym. Zdaje się, że do istoty prawdziwego cudu należy nadludzkie denerwujące napięcie. Ale pomijając olbrzymie wysiłki Absolutu, w tym jego nowym zatrudnieniu najbardziej uderza wydatność jego produkcji. Pozostańmyż przy branży ćwieczkowej. A więc jedyna fabryka zagarnięta przez Absolut zionęła taką masę ćwieczków we dnie i w nocy, że na dziedzińcu potworzyły się z nich całe góry, które w końcu obaliły ogrodzenie i zasypały ulice.
A więc zostajemy tymczasem przy ćwieczkach, bo tu widzimy całą przyrodzoność Absolutu niewyczerpanego i marnotrawnego jak w czasach tworzenia świata. Gdy już raz rzucił się na produkcję, nie troszczył się o dystrybucje, o popyt, o rynek, o cel, w ogóle o nic: swoją ogromną energię wyżywał po prostu w masowym rzucaniu na świat ćwieczków. Będąc z natury nieskończonym, nie znał miary i ograniczeń w niczym, nawet w ćwieczkach.
Możecie sobie wyobrazić, jak robotnicy takiej fabryki przerażali się widokiem wydajności nowego napędu. Była to dla nich nieoczekiwana i nieuczciwa konkurencja, coś, co ich pracę czyniło zupełnie zbędną. I niewątpliwie całkiem słusznie byliby zaprotestowali przeciwko takiemu atakowi manchesterskiego kapitalizmu na lud pracujący, co najmniej tak, że zdemolowaliby fabrykę i powiesili fabrykanta, gdyby nie byli zaskoczeni i obezwładnieni przez Absolut w jego aktywności pierwotnej, dzięki któremu wybuchło śród nich oświecenie we wszystkich postaciach i stopniach. Tymczasem przechodzili wszelkie lewitacje, wieszczenia, cudotwórstwa, jasnowidztwa, cudowne uzdrawiania, świętość, miłość bliźniego i tym podobne nienaturalne, a nawet nadprzyrodzone stany.
Z drugiej strony możecie sobie wyobrazić, jak niebogi65 właściciel ćwieczkarni66 przyjął tę boską, masową produkcję swego artykułu. Mógł doprawdy zachłysnąć się radością, powyrzucać wszystkich robotników, którzy, wiadomo, zazłościli go niemal na śmierć, i zacierać ręce na widok lawiny ćwieczków, których robocizna nie kosztowała go ani grosza. Ale prawdopodobnie sam uległ psychicznemu oddziaływaniu Absolutu i z miejsca oddał całą fabrykę robotnikom, swoim braciom w Bogu, iżby władali nią wespół z nim, a z drugiej strony zrozumiał w lot, że te góry ćwieczków pozbawione są jakiejkolwiek wartości, ponieważ nie będzie dla nich zbytu.
Prawda, że robotnicy nie musieli stać przy maszynach i nosić żelaznych sztab, a prócz tego byli współwłaścicielami fabryki. Ale po paru dniach pokazało się, że w jakikolwiek sposób trzeba pousuwać stutonowe góry ćwieczków, które przestały być towarem. Zrazu podejmowano jakieś próby rozsyłania ćwieczków całymi wagonami pod zmyślonymi adresami, ale później nie pozostało nic innego, jak wywożenie ich za miasto na olbrzymie hałdy. To uprzątanie ćwieczków zatrudniało wszystkich robotników przez pełnych czternaście godzin dziennie. Lecz nie szemrali, jako ludzie oświeceni religijnym duchem miłości i wzajemnej posługi.
Darujcie, że tak długo zabawiłem przy ćwieczkach. Absolut nie znał przemysłowej specjalizacji. Rzucił się z taką samą gorliwością na przędzalnie, gdzie dokonał nie tylko cudu plecenia biczów z piasku, ale i przędzenia z niego nici, na tkanie i pończoszarnie, i w ogóle na całą branżę włókienniczą, wytwarzając bez przerwy miliony kilometrów towaru łokciowego67. Opanował huty, walcownie, stalownie, fabryki maszyn rolniczych, wyrobów drewnianych, gumowych, cukrownie, fabryki przetworów chemicznych, nawozów sztucznych, azotowych, naftę, drukarnie, papiernie, farbiarnie, huty szklane, ceramikę, obuwie, tasiemki, kopalnie, browary, destylacje, parowe mleczarnie, młyny, mennice, fabryki automobilów i szlifiernie. Tkał, dział68, prządł, kuł, zlewał, montował, szył, heblował, rżnął, kopał, palił, drukował, rafinował, gotował, filtrował, prasował przez dwadzieścia cztery, a nawet dwadzieścia sześć godzin dziennie. Zaprzężony do maszyn rolniczych zamiast lokomobil69 orał, siał, bronował, plewił, kosił, żął i młócił. W każdej dziedzinie sam pomnażał materiał surowcowy i ustokratniał produkcję. Był niewyczerpany. Tarzał się w wydajności. Znalazł nowy wyraz dla własnej nieskończoności: obfitość. Cudowne rozmnożenie rybek i chlebów na puszczy doczekało się monumentalnego wznowienia: cudownego rozmnażania ćwieczków, desek, azotowych nawozów, pneumatyków, papieru dla maszyn rotacyjnych i wszelkich innych wyrobów fabrycznych. Nastała na świecie nieograniczona obfitość wszystkiego, czego ludziom potrzeba. Ale ludziom potrzeba wszystkiego, tylko nie nieograniczonej obfitości.