No tak, w dzisiejszych, że tak powiem, sławionych czasach drożyzny nie możemy sobie wyobrazić straszliwego społecznego zła nieograniczonej obfitości. Wydaje się nam, że nastałby po prostu raj na ziemi i nic więcej, gdyby się nagle znalazły nieograniczone zapasy wszystkiego. Niejeden myśli, że byłoby na świecie tym lepiej, im więcej byłoby tego wszystkiego, co wszystkim jest potrzebne. No i tak tanio, proszę państwa!

Otóż katastrofa gospodarcza, która — przez przemysłową inteligencję Absolutu — zwaliła się na świat w czasach, które tu opisujemy, polegała na tym, że wszystko, czego człowiek potrzebuje, można było otrzymać nie tanio, ale po prostu darmo. Mogłeś sobie, człowieku, wziąć garść ćwieczków i wbijać je dowolnie w podeszwy albo w podłogę, ale mogłeś także wziąć sobie darmo cały wagon ćwieczków, tylko, proszę cię, co byłbyś z tym robił? Wieźć je sto kilometrów i rozdawać darmo? Tego nie zrobiłbyś przecie, albowiem, w chwili gdy stałeś nad lawiną ćwieczków, nie widziałeś już tych ćwieczków właśnie, a więc rzeczy stosunkowo pożytecznej, ale coś absolutnie bezwartościowego i bezsensownego w swej masowości. Coś równie bezwartościowego, jak te gwiazdeczki na niebie. Owszem, taka masa błyszczących ćwieczków bywała czasem widokiem wzniosłym i budziła nawet myśli poetyczne, tak właśnie jak te gwiazdeczki na niebie. Góra ćwieczków wydawała się stworzoną dla niemego podziwu. Pejzażowo było to swoiście piękne, jak swoiście pięknym jest widok morza. Ale morza także nie rozwozi się w wagonach do okolic śródlądowych, gdzie żadnego morza nie ma. Dla wody morskiej nie ma gospodarczej dystrybucji. Nie było jej teraz także dla naszych ćwieczków.

Ale podczas gdy tutaj właśnie rozlewa się iskrzące morze ćwieczków, o parę kilometrów dalej nie dostaniesz ćwieczka za skarby świata. Zdeprecjonowany gospodarczo, znikł ćwieczek ze sklepów. Jeśli chcecie wbić sobie ćwieczek w obcas albo wsunąć go bliźniemu swemu pod prześcieradło, daremnie szukać go będziecie. Nie ma go tak samo, jak w Czasławiu70 albo w Slanem71 nie ma morza. Och, gdzież wy jesteście, zacni kupcy dawnych czasów, którzy kupowaliście tanio tutaj, aby drogo sprzedać tam?! Biada, zniknęliście, albowiem oświeciła was łaska boża. Powstydziliście się swoich zysków i pozamykaliście swoje kramy, aby rozmyślać o braterstwie wszystkich ludzi i rozdawać wszystko, co macie i aby już nigdy, nigdy nie wzbogacać się przez dystrybucję rzeczy wszystkim braciom w Bogu jednakowo potrzebnych.

Gdzie nie ma ceny, nie ma rynku. Gdzie nie ma rynku, nie ma też dystrybucji. Gdzie nie ma dystrybucji, nie ma towaru. A gdzie nie ma towaru, wzrasta potrzeba, rosną ceny, rosną zyski, rośnie handel. Ale wy odwróciliście się od zysków i wzbudziliście w sobie nieodpartą odrazę do wszelkich rachunków w ogóle. Przestaliście spoglądać na materialny świat oczyma popytu, podaży, rynku. Z rękoma złożonymi do modlitwy podziwiacie piękność i obfitość świata. A tymczasem ćwieczki wyszły. Nie było ćwieczków. Tylko kędyś w dali gromadziły się ich niewyczerpane lawiny.

I wy, piekarze, powychodziliście przed swoje kramy i wołaliście: „Pójdźcie, ludkowie boży, pójdźcie, przez Chrystusa Pana, i bierzcie sobie bochenki i mąkę, kajzerki i rogaliki! Zmiłujcie się i bierzcie sobie darmo!” A wy, kupcy towarów łokciowych, wywaliliście sztuki sukien, weby i płócienek na ulicę i płacząc z radości, krajaliście każdemu, kto przechodził obok, po pięć czy dziesięć metrów i na Boga prosiliście, aby przyjęli podaruneczek tak skromny. I dopiero po opróżnieniu całego zapasu, padaliście w pustym sklepie na kolana i dzięki czyniliście Panu, iż było wam dane stroić bliźnich swoich jako te lilie polne.

Zaś wy, rzeźnicy i wędliniarze, braliście na głowy swoje kosze z mięsem i z serdelkami, i z parówkami, a chodząc od drzwi do drzwi, zapukaliście, zadzwoniliście, prosząc, aby każdy raczył wybrać sobie, co jego serce raczy. I tak samo wy wszyscy, którzy sprzedajecie buty, sprzęty, tytoń, walizki, okulary, klejnoty, kobierce, bicze, postronki, wyroby blaszane, porcelanę, książki, sztuczne zęby, jarzyny, leki i wszystko, o czym kto pomyśli, wszyscy wy, owiani tchnieniem bożym, wylegliście na ulicę i rozdawaliście „wszystko, co macie” w przeszlachetnej panice łaski bożej, po czym spotykając się z sobą u progów swoich opustoszałych sklepów i magazynów, komunikowaliście sobie wzajemnie: „Tak to, bracie kochany, ulżyłem sumieniu swemu!”

Po dniach niewielu pokazało się jednak, iż nie było już co rozdawać, ale nie było też co kupić... Absolut splądrował i doszczętnie spustoszył wszystkie handle72.

A tymczasem z dala od wielkich miast waliły się z maszyn miliony metrów sukien i płócien, niagary kostek cukru, kipiąca, przewspaniała, niewyczerpana obfitość Boskiej Nadprodukcji wszelkiego towaru. Wątłe próby rozdzielania tego potopu między potrzebujących rychło zgasły. Po prostu nic się nie dawało zrobić.

Być może zresztą, że tę katastrofę gospodarczą spowodowało jeszcze coś innego, a mianowicie inflacja pieniądza. Absolut wtargnął także do państwowych mennic i drukarń i rzucał dzień w dzień setki miliardów banknotów, pieniędzy kruszcowych i papierów wartościowych. Dewaluacja była absolutna: paczka pięciotysiączek znaczyła niebawem niewiele więcej niż paczka papieru klozetowego nieco zbyt sztywnego, oczywiście. Gdybyście za dziecięcy smoczek gumowy zaproponowali dziesiątkę albo pół miliona, pod względem handlowym byłoby to zupełnie obojętne. I tak, i tak nie dostalibyście go, bo w handlu zanikł. Wszelkie liczby straciły w ogóle jakikolwiek sens i znaczenie. To całkowite rozbicie systemu liczbowego jest oczywiście naturalnym następstwem nieskończoności i wszechmocy bożej.

W owych czasach po miastach wybuchał już niedostatek, miejscami nawet głód. Aparat zaopatrzeniowy, z przyczyn wyżej wymienionych, zawiódł zupełnie.