Nie brakło, owszem, ministerstw zaopatrzenia, handlu, opieki społecznej i kolei żelaznych. Według naszych wyobrażeń można było w porę uchwycić w fabrykach ogromny strumień produkcji, uratować wyroby przed zepsuciem i ostrożnie rozwozić je po miejscowościach splądrowanych boską szczodrobliwością. Niestety, nie uczyniono tego. Personel ministerialny spędzał godziny urzędowania na radosnych modlitwach, ogarnięty łaską szczególnie mocną. W ministerstwie zaopatrzenia panowała nad sytuacją sekretarka, panna Szarówna, która wygłaszała kazania o Dziewięciu Strefach, w ministerstwie handlu kierownik Winkler propagował ascezę, podobną do indyjskiej jogi. Prawda, że ta gorączka trwała tylko dwa tygodnie, po czym nastało — widocznie przez specjalne działanie Absolutu — cudowne uświadomienie sobie obowiązku. Właściwe urzędy administracyjne pracowały gorączkowo we dnie i w nocy, aby zażegnać katastrofę zaopatrzeniową, ale najwidoczniej było już za późno. Jedynym wynikiem było, że każde ministerstwo produkowało codziennie od piętnastu do pięćdziesięciu trzech tysięcy akt, które na skutek uchwały komisji międzyministerialnej były codziennie wywożone ciężarówkami do Wełtawy.

Bodaj że najstraszniejszą była katastrofa wyżywienia, ale na szczęście swoje mieliśmy przecie (mówię tu tylko o stosunkach, jakie panowały u nas) NASZYCH ZACNYCH CHŁOPKÓW! Uświadomcie sobie, państwo, że przecie nie od dzisiaj wiadomo: nasz wiejski lud, bez obrazy i nie wytykając palcem, to rdzeń narodu. Mówi o tym nawet bardzo stara piosenka: „Co to za człowiek? Czyli go znasz? Toć chłopek zacny, żywiciel nasz!” Istotnie, co to za człowiek, który pozostał nietknięty marnotrawiącą gorączką Absolutu? Co to za człowiek, który ani na chwilę nie zachwiał się w panice rynku światowego? Co to za człowiek, który nie założył rąk, nie dał się wciągnąć w wir lekkomyślności i pozostał wierny samemu sobie? „Co to za człowiek? Czyli go znasz? Toć chłopek zacny, żywiciel nasz!”

Tak jest, był to nasz chłopek, który na swój chłopski sposób uratował świat przed zagłodzeniem. Wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby i jego, podobnie jak mieszczuchów, ogarnęła była mania rozdawania wszystkiego ubogim i potrzebującym! Gdyby był porozdawał wszystko posiadane ziarno, swoje krówki i cielęta, i gąski, i kartofle. Po dwóch tygodniach w miastach byłby wybuchnął głód, a wieś byłaby wyżarta, wyssana, bez zapasów i samaż73 głodna.

Nie stało się tak tylko dzięki naszemu dzielnemu chłopkowi. Możemy to sobie dzisiaj tłumaczyć i wyjaśniać, jak kto chce, a więc cudownym instynktem naszej wsi, albo jej głęboką, a szczerą wiernością dla mateczki-ziemi, albo wreszcie tym, że na wsi Absolut był mniej jadowity, bo w drobnych gospodarstwach wiejskich Karburator nie znalazł tak masowego zastosowania jak w przemyśle — jednym słowem, objaśniajcie to sobie, jak wam się podoba, ale fakt pozostaje faktem, że przy najpowszechniejszej ruinie gospodarczej i finansowej i w ogóle zaniku wszelkiego rynku, chłop nie rozdawał. Nie podarował nikomu ani źdźbła słomy, ani ziarnka owsa. Na ruinach dawnego przemysłowego i handlowego ładu chłop nasz spokojnie i niewzruszenie sprzedawał, co miał do sprzedania. I sprzedawał drogo. Tajemniczym instynktem odgadł katastrofalny zasięg skutków obfitości i w porę powiedział: stop! Powiedział stop tym, że od razu podniósł ceny, choćby jego śpichrze pękały od przeładowania. I to świadczy o zdumiewająco zdrowym rdzeniu naszego ludu wiejskiego, że bez jedynego słowa, bez organizacji, wiedziony tylko zbawczym głosem wewnętrznym, podniósł ceny na wszystko i wszędzie. Śród szaleńczej obfitości wszystkiego utrzymał wyspę niedostatku i drożyzny. Może przeczuwał, że tym ocala świat.

Albowiem podczas gdy inne towary, zdeprecjonowane darmowym rozdawaniem, poznikały — z naturalną koniecznością — z rynków, produkty rolnicze były sprzedawane dalej. Oczywiście, trzeba było wyruszać za nim na wieś. Wasz sklepikarz i rzeźnik, i piekarz, nie mieli już nic do dania wam i sprzedania, prócz bratniej miłości i świętego słowa. Więc brałeś, bracie, swój tobołek i jechałeś sto i dwadzieścia kilometrów. A potem chodziłeś od zagrody do zagrody i patrzajcież! — tutaj kupiłeś kilogram ziemniaków za złoty zegarek, tam jajeczko za drogocenny trieder74, ówdzie kilo otrąb za pianino albo za maszynę do pisania. I było co jeść. Oto sam widzisz, że gdyby chłop był te wszystkie rzeczy porozdawał, to już dawno nie miałbyś nic do zjedzenia. Ale chłopek uchował dla was nawet funcik masła, a uchował tylko na to, aby ci go wręczyć w zamian za perski dywan albo za wspaniały strój regionalny.

Pytam was tedy, gdzie zostały powstrzymane szaleńcze gospodarcze eksperymenty Absolutu? Kto nie stracił głowy w powszechnej panice epidemii cnoty? Kto oparł się skutecznie katastrofalnej powodzi obfitości i uratował nas przed zagładą, nie szczędząc mienia i życia naszego?

„Co to za człowiek? Czyli go znasz?

Toć chłopek zacny, żywiciel nasz!”

16. W górach

Południe na Budzie w Niedźwiedzim Dole. Inżynier Rudolf Marek siedzi skulony na werandzie, patrzy w gazetę, to znowu ją składa, aby się rozejrzeć po szerokim pasie Karkonoszy. Jest cisza, wielka i kryształowa cisza na górach i złamany inżynier prostuje się, aby odetchnąć z głębi.