A oto idzie jakiś człowieczek i zmierza ku Budzie.
— Jakie to czyste powietrze — myśli Marek siedzący na werandzie. Tutaj, chwała Bogu, Absolut jest jeszcze utajony, jest zaklęty we wszystkim, jest ukryty w tych górach i lasach, w tej wspaniałej trawce i w modrym niebie. Tutaj nie lata po świecie, nie straszy i nie robi cudów, ale tkwi we wszystkim materialnym, Bóg, głęboko i cicho wszechobecny; nawet nie dyszy, tylko milczy i patrzy przymrużonym oczkiem.
Marek złożył ręce w niemej dziękczynnej modlitwie.
— Boże, jakie tu czyste, jakie czyste powietrze!
Człowiek przybywający z dołu zatrzymał się pod werandą.
— No, nareszcie znalazłem cię, Marku! — zawołał.
Marek spojrzał na niego nie bardzo uradowany. Ten, co przyszedł do niego, był to G. H. Bondy.
— No, nareszcie cię znalazłem! — powtórzył pan Bondy.
— No to chodź na górę — rzekł Marek wyraźnie nierad gościowi. — Co cię tu do mnie prowadzi, człowieku?! I jak ty wyglądasz!
Istotnie G. H. Bondy był cały żółty i wychudły. Na skroniach porządnie posiwiał, a dokoła oczu zbiegały się zmarszczki zmęczenia. Siadł milczący koło Marka i zacisnął ręce między kolanami.