— No, więc, co ci się stało? — nalegał Marek po przykrej chwili milczenia. Bondy machnął ręką.
— Przechodzę na emeryturę, bracie. To jest... i mnie, i mnie także się stało.
— Łaska? — zawołał Marek i cofnął się od Bondy’ego jak od trędowatego.
Bondy kiwnął głową. Czy to łza zawstydzenia zawisła na jego rzęsach?
Marek cichutko zagwizdał.
— No, jeśli już i ty... O, biedaku!
— Nie! — zawołał Bondy z pośpiechem i ocierał oczy. — Nie myśl aby, że ja jeszcze teraz... Ja, uważasz, przyjacielu, jakoś to przechodziłem... No, nie dałem się, ale wiesz, kiedym był, no... opanowany przez to... były to najszczęśliwsze chwile mego życia. Nie masz pojęcia, kolego, jak wielkiego wysiłku potrzeba, aby się człowiek z tego wylizał.
— Wierzę ci — rzekł Marek z wielką powagą. — A jakie miałeś te... jakie objawy miałeś?
— Miłość bliźniego — szepnął Bondy. — Człowiecze, ja szalałem z samej miłości bliźnich. Nigdy nie byłbym przypuszczał, że czegoś podobnego można doznawać.
Na chwilę zapanowało milczenie.