— Więc tyś się z tego... — zaczął Marek.
— Wykaraskałem się. Wiesz, że lis odgryzie sobie nogę, gdy uwięźnie w żelazach? Ale jestem po tym wszystkim paskudnie słaby. Po prostu ruina, kolego. Jak po tyfusie. Dlatego przyjechałem tutaj, żeby się zebrać w kupę... Czy tu czysto?
— Zupełnie czysto. Dotychczas ani śladu... Absolutu. Tylko się go czuje... w przyrodzie i we wszystkim. Ale to bywało w górach już i dawniej... W ogóle zawsze.
Bondy zasępił się i milczał.
— No i co ty — ozwał się po chwili roztargniony — co ty o tym mówisz? Czy ty wiesz w ogóle, co się tam na dole dzieje?
— Dostaję gazety. W pewnej mierze... nawet z gazet można się dowiedzieć, co się na świecie dzieje. Splączą w nich wszystko, pomieszają jak groch z kapustą, ale... kto umie czytać... Słuchaj Bondy, czy to naprawdę takie straszne?
G. H. Bondy kiwał głową szybko raz za razem.
— Gorsze to, niż sobie wyobrażasz. Po prostu rozpaczliwe. Słyszysz? — mówił głosem zduszonym. — On jest już wszędzie. Sądzę, że ma jakiś określony plan.
— Plan — zawołał Marek i poderwał się.
— Nie krzycz tak głośno. Ma plan, człowieku, na pewno... Zabiera się do rzeczy z diabelską przebiegłością. Powiedz, Marku, co jest największą potęgą świata?