— Którego? — rzekł nagle chiński pełnomocnik Mr Kei, podnosząc wreszcie pomarszczone powieki.
— Którego? — powtórzył zaskoczony dr Wurm. — Przecież jest chyba tylko jeden.
— Nasz japoński — uśmiechał się przymilnie baron Janato.
— Prawosławny, batiuszka, i żaden inny! — krzyczał generał, czerwony jak indyk.
— Budda — rzekł Mr Kei i spuścił powieki, całkiem już teraz podobny do wyschłej mumii.
Sir O’Patterney zerwał się gwałtownie.
— Gentlemani — rzekł — proszę, pójdźcie za mną.
Po czym panowie dyplomaci udali się znowu na salę obrad. O ósmej wieczorem wybiegła jego ekscelencja generał Buchtin, z twarzą już purpurową i z pięściami zaciśniętymi. Za nim dr Wurm, układając swoje akta. Sir O’Patterney, nie licząc się ze względami grzecznościowymi, wychodził z kapeluszem na głowie, bardzo czerwony, za nim szedł zamilkły M. Dudieu. Książę Trivelino oddala się blady, za nim baron Janato, stale się uśmiechając. Jako ostatni wyszedł Mr Kei, z oczami spuszczonymi, przesuwając w palcach paciorki arcydługiego różańca.
Na tym kończy się sprawozdanie, które pan Bill Prittom ogłosił w „Heraldzie”. Urzędowego komunikatu o tej konferencji nie wydano — prócz wspomnianego już o strefach wpływów — a jeśli nawet zapadła jaka uchwała, to niewiele była warta. Albowiem „w łonie dziejów”, jak brzmi termin ginekologiczno-historyczny, przygotowywały się wydarzenia nieoczekiwane.