Nagle zwalił się żółtozielony mrok i śnieg padał lawinowo. Kłaki śniegu duże jak pięść, wilgotne i ciężkie, lecą i wirują tak gęsto, że granica między ziemią a powietrzem znika. Nie widać własnego nosa. Wdychasz kłaki śniegu, brniesz przez wirującą zawieję, która sięga ci wysoko ponad głowę, stąpasz na ślepo jak kret ryjący sobie ścieżkę w śniegowej masie. Jedyny instynkt: iść naprzód. Jedyne pragnienie: oddychać czymś innym, niż śniegiem. Coraz trudniej wyciągać nogi ze śniegu. Brniesz przez zaspę, która sięga ci poza kolana. Wyrywasz nogę z gąszczu śnieżnego, który natychmiast zamyka się za tobą.

Tymczasem gdzieś tam po miastach, na dole, padają rzadkie płatki śniegu i zaraz topnieją w czarnym błocie. W sklepach zapalają światło, w kawiarniach jasno, ludzie siedzą pod lampami elektrycznymi i szemrzą, że taki dzisiaj paskudny, ciemny dzień. Niezliczone światła rozbłyskują po wielkim mieście i iskrzą się w wodnistym błocie.

Jedyne światełko świeci na zawianej śniegiem górskiej łące. Z trudem przebija się przez padający śnieg, zdaje się kręcić, przygasać, ale płonie i żyje. Buda w Niedźwiedzim Dole świeci.

Była już godzina piąta, a więc całkiem ciemno, gdy przed Niedźwiedzią Budą zatrzymało się coś bezkształtnego. To „coś” rozłożyło grube, białe skrzydła i zaczęło tłuc nimi o siebie i zdzierać grube pokrywy śniegu. Spod śniegu ukazał się płaszcz, spod płaszcza wyjrzały nogi i zaczęły wściekłe tłuc w kamienny próg, żeby się uwolnić od przylepionego śniegu. Był to pocztowiec ze Spindelmühle.

Wszedł do Budy i ujrzał przy stole chudego pana. Chciał go pozdrowić, ale głos zawiódł go zupełnie. Ozwał się tylko taki łagodny syk, jaki wydaje para ulatująca ciasnym otworem. Chudy pan wstał.

— Ależ, człowieku, gdzież to ciebie diabli noszą w takiej zamieci? Przecież mogłeś w tym bardzo łatwo skręcić kark!

Pocztowiec kiwnął głową i zasyczał niewyraźnie.

— Rozumu nie masz, człowieku! — zrzędził chudzielec. — Panienko — wołał na kelnerkę — niech no pani przyniesie gorącej herbaty! No, gadajcie, ojciec, gdzie was tu licho niosło? Na Niedźwiedzią Budę?

Posłaniec zaprzeczył ruchem głowy i otworzył skórzaną torbę. Była pełna śniegu. Z trudem wygrzebał z niej telegram tak zamarzły, że chrzęścił.

— Chchichcharek? — wyszeptał.