Otóż kropla wody, zwana Hradec Kralové, jest kronikarzowi pamiętna tym, że w niej zaczynał swój żywot jako malutki wymoczek, jako pierwotniak tamtejszego gimnazjum i w ogóle. Wtedy, oczywiście, uważał tę kroplę za cały świat. Ale dość o tym.
W Największą Wojnę wkroczył Hradec Kralové uzbrojony w jedyny Karburator, a mianowicie w browarze, który do dzisiaj istnieje za kościołem Św. Ducha tuż obok domów kanoników. Być może, iż właśnie to sąsiedztwo oddziaływało na Absolut tak, iż zabrał się on do warzenia piwa zdecydowanie i żarliwie katolickiego, i z niego powstał wśród mieszczaństwa hradeckiego stan, z którego nieboszczyk biskup Brynych byłby miał bardzo dużą uciechę.
Ale Hradec Kralové jest jakoś niedobrze ustawiony i dlatego bardzo rychło znalazł się w łapach Prusaków, którzy w luterskiej zaciekłości rozbili browarowy Karburator. Pomimo to, Hradec, wierny ciągłości historycznej, utrzymał swoją przyjemną temperaturę religijną szczególniej w czasach, gdy diecezją tamtejszą zarządzał oświecony biskup Linda.
Lecz nawet wówczas, gdy kolejno przychodziły Bobinety, Turki i Chińczyki, zachował sobie Hradec dumną świadomość, że 1: ma najlepszy wschodnioczeski teatr amatorski, 2: ma najwyższą wschodnioczeską dzwonnicę i 3: na kartach jego dziejów jest zapisana największa wschodnioczeska bitwa. Krzepiony tymi myślami przetrwał Hradec Kralové najstraszliwsze doświadczenia Największej Wojny.
Gdy runęła Rzesza mandaryńska, na czele miasta stał roztropny burmistrz pan Skočdopole. Panowanie jego śród powszechnej anarchii było pobłogosławione względnym spokojem dzięki mądrym radom biskupa Lindy i szanownych panów radnych. Ale przybłąkał się do miasta jakiś krawczyk, no, uczciwszy uszy, Hampl się nazywał, a był to, żal się Boże, rodak hradecki, ale od dzieciństwa włóczył się po świecie i nawet służył w legii cudzoziemskiej, taki awanturnik. Szedł z Bobinetem, zdobywał Indie, ale gdzieś koło Bagdadu zdezerterował i niby igła prześlizgiwał się między Baszybuzukami, Francuzami, Szwedami i Chińczykami, aż się dostał z powrotem do miasta rodzinnego.
Więc ów krawczyk Hampl nasiąknął bobinetyzmem i po powrocie do Hradca nie myślał już o niczym innym, tylko o tym, jak zagarnąć władzę. Szycie ubrań już go nie pociągało. Więc zaczął wszystkich krytykować i kopać dołki pod bliźnimi, i ciągle gadał, że to jest tak, a to owak i że w radzie miejskiej siedzą same łobuzy, a pieniądze w towarzystwie kredytowym niepewne, a cały pan burmistrz Skočdopole to stary fujara i tak dalej. Niestety, tak już podczas wojen bywało i bywa, że obyczaje bydlęceją, a szacunek dla władz znika. Toteż dzięki temu zyskał Hampl kilku zwolenników i wespół z nimi założył partię radykalno-rewolucyjną.
Pewnego dnia lipcowego wyżej wymieniony pan Hampl zwołał na Małym Rynku wielki wiec i stojąc na pompie wykrzykiwał między innymi, że lud żąda, aby nikczemnik, reakcjonista i biskupi pachołek Skočdopole złożył urząd burmistrzowski.
Na to odpowiedział pan Skočdopole rozplakatowanymi ogłoszeniami, że jemu jako prawnie wybranemu burmistrzowi nikt nie będzie rozkazywał, a już najmniej jakiś powsinoga i dezerter. Że w dzisiejszych niespokojnych czasach trudno rozpisywać wybory i że nasz rozsądny lud sam wie co i jak, itd.
Ale Hampl tylko na to czekał, aby zrobić swój bobinetowski kawał. Opuścił swoje mieszkanie na Małym Rynku i kroczył wymachując czerwonym sztandarem, a za nim szły dwa smyki walące ze wszystkich sił w bębny. W taki sposób obszedł Wielki Rynek, przez chwilę stał przed biskupią rezydencją, po czym przy odgłosie bębnów wyruszył w pole, nad rzeką Orlicą stanął na miejscu zwanym „na Młynku”. Tam wbił drzewce sztandaru w ziemię i siadłszy na bębnie napisał wypowiedzenie wojny. Potem wysłał oba smyki do miasta, aby bębniąc, na wszystkich miejscach odczytywali jego manifest tego brzmienia:
„W Imieniu Jego Cesarskiej Mości Cesarza Bobineta rozkazuję królewskiemu wianowemu miastu Hradcowi Kralové, aby klucze bram miejskich złożyło w moje ręce. Jeśli rozkaz nie będzie wykonany przed zachodem słońca, poczynię zarządzenia wojskowe i o świcie uderzę na miasto artylerią, jazdą i bagnetami. Chronić będę życie i mienie jedynie tych, którzy najpóźniej o świcie stawią się w moim obozie „na Młynku”, przynosząc wszelką nadającą się do użytku broń i składając przysięgę na wierność Jego Cesarskiej Mości cesarzowi Bobinetowi. Parlamentariusze zostaną rozstrzelani. Cesarz nie pertraktuje.”