— Ja tego tak nie zostawię, panie Gelnaj — odgrażał się — ja nie pozwolę dmuchać sobie w kaszę. Nikomu! Chryste Panie, przecie wszystko jest niemal gotowe, wszystko się zgadza, a teraz taka rzecz! Czyż można pójść do sądu z tym tutaj? Skąd tu raptem wziąć jakiś flower?
Gelnaj wzrusza ramionami.
— To kara za to, Karolku, żeście nieborakowi Hordubalowi nie pozwolili zasnąć w Bogu na zapalenie płuc. Dobrze wam tak i doktorowi też!
Biegl z wściekłością rzucił się na krzesło.
— To mi popsuło, panie Gelnaj, całą przyjemność. Największą uciechę, jaką miałem kiedykolwiek!
— Jakąż znowu uciechę?
— Znalazłem dolary. Więcej niż siedemset, razem z woreczkiem. Były za belką na strychu w Rybarach.
Gelnaj ze zdumienia aż wyjął fajkę z ust.
— No, Karolku, to nie byle co! — rzekł z uznaniem.
— Ale się też naszukałem — odsapnął nagle Biegl. — Wie pan aby, jak długo szukałem ich w tych Rybarach? Netto czterdzieści sześć godzin. Ani źdźbła nie ominąłem. Teraz Szczepan może się kazać wypchać razem ze swoim alibi. Jak pan sądzi, panie Gelnaj, wystarczy to przysięgłym? Pieniądze się znalazły, ten diament, co go Szczepan kupował, też nie najgorszy, do tego jeszcze sprzeczności w zeznaniach i motyw jak ten byk!