Prokurator, zaskoczony, pochyla się w ukłonie w stronę Manyi.

— Proszę się uspokoić, Szczepanie Manyo! Sąd chętnie was wysłucha.

— To ja... to ja! — szlocha Szczepan. — Ja... ja chciałem się na nim tylko zemścić... za to... za to... że mnie wyrzucił przez płot i ludzie się śmiali! Nie mogłem spać... musiałem to zrobić, musiałem... zemścić się... Dlatego poszedłem...

— Gaździna otworzyła wam dom?

— Nie, gaździna nie wiedziała... o niczym... Ja wieczorem... nikt nie widział... gazda leżał w izbie... a ja na strych... schowałem się...

Biegl siedzący wśród słuchaczy denerwuje się i daje Gelnajowi sójki113 w bok.

— Przecie to nieprawda — sapie szeptem — na strych dostać się nie mógł, bo drzwi były zawalone kukurydzą! Ja tam byłem natychmiast z rana, panie Gelnaj! Zaraz im powiem...

— Siedzieć! — syczy Gelnaj i trzyma Biegla. — Ani mi się waż, ty ośle!

— A w nocy — jąka się Szczepan, ocierając nos i oczy — w nocy zszedłem na dół, do izby... gazda spał, a ja... tą igłą... nie chciała... nie, nie chciała wejść w niego... a on nie poruszył się... nie poruszył...

Szczepan się chwieje, dozorca podaje mu szklankę wody ze stołu przewodniczącego. Szczepan z wdzięcznością przyjmuje wodę, pije, głośno przełykając, i ociera pot z czoła.