— Pan sobie życzy?

W kącie siedzi jeden, ale kto? Chyba to będzie Pjosa, nieprawdaż, Andrej Pjosa, zwany Huzarem? Patrzy na Juraja, jakby chciał krzyknąć: Tyśże to, Juraju? Tak, to ja, Andreju Huzarze, jak mnie widzisz. Ale nic takiego. Nie zerwał się Pjosa, nie krzyknął, tylko patrzy, a Hordubal, aby pokazać, że jest z tutejszych, pyta:

— Czy żyje stary Berkowicz, karczmarzu?

Piegowaty Żyd stawia na stole szklankę gorzałki.

— Sześć lat temu, jako go pochowano.

Sześć lat, ej, Pjoso, duży to kawał czasu. Ile zostanie z człowieka po sześciu latach, ile po ośmiu? Osiem lat, karczmarzu, nie piłem gorzałki. Wie Bóg, że czasem byłbym się jej napił — smutno bywało, chciało się splunąć na tę obczyznę, wiesz? Ale zakazali gorzałki w Ameryce67. Przynajmniej mogłem więcej dolarów posyłać Polanie. I widzisz, kupiła parę koni, a pole sprzedała. Że niby tam są tylko kamienie. Zaraz widać, że nie byłeś, bracie, w Ameryce.

Żyd stoi przy szynkwasie68 i spogląda na Juraja. Wdać się z nim w rozmowę? — myśli Żyd. Rozmowny widać nie jest, patrzy tak jakoś dziwnie, lepiej dać mu spokój. Ale który też z tutejszych mógłby to być? Maciej Pagurko ma syna gdzieś w świecie, więc może to syn Macieja. Czy miałby to być ten Hordubal, mąż Polany Hordubalowej, co jest w Ameryce?

Juraj mruga oczami. Żyd odwraca się od niego, bo musi ustawić szklanki na szynkwasie. A ty, Pjoso, czemu chowasz oczy pod brwiami? Mamże krzyknąć na ciebie po imieniu? Widzisz, jest tak, Andreju Pjoso. Człowiek odzwyczai się od gadania, gęba mu zdrętwieje, ale juści, nawet koń i krowa chcą usłyszeć ludzkie słowo. Prawda, Polana była zawsze milkliwa, a osiem lat nie zrobi z milczka gaduły. Sam nie wiem, jak zacząć, samotność gadać nie nauczy. Ona nie pyta — ja nie odpowiadam; ona nic nie mówi, mnie się pytać nie chce. Ech, co tu gadać, Szczepan jest dobry parobek i nawet gadanie załatwi za gospodynię. A gospodyni ziemię sprzedała, kupiła łąkę na równinie i masz tobie!

Hordubal popija i kiwa głową. Pali ta pieska gorzałka, ale się człek przyzwyczai. Szczepan dobry chłop, zdaje się. Zna się na koniach i lubi Hafię. A co do Polany, przyzwyczai się kobieta i samo przyjdzie, co ma przyjść. Ech, Pjoso, a twoja żona bywa czasem dziwna? No, spierzesz ją kiedy trzeba, ale Polana jest jak szlachcianka, Andreju. Takie są te sprawy. Mądra jest, pracowita i czysta, chwałaż ci Boże. Prawda, że dziwna. I chodzi, bracie, tak jakoś, jak żadna inna baba we wsi. Nie umiem z nią postępować, Huzarze. Powinienem był wtargnąć do domu jak wicher, porwać ją i przycisnąć, ażby jej tchu zabrakło. Tak się to robi, Andreju. Ale ba, widzisz, nie udało się. Przestraszyła się, jakbym był upiorem. I Hafia przestraszyła się jakoś. I ty też, Pjoso. No, już wróciłem. Cóż robić, gdy lody nie pękają od razu, to znikają po trochu. Na zdrowie, Andreju!

Andrej Pjosa, zwany Huzarem, wstaje i idzie ku drzwiom, jakby go nie widział. We drzwiach się odwraca i wyrywa się raptem: