Przygląda się Juraj temu kawałkowi rozżarzonego żelaza. Coś ci przyniosę, Polano, coś, co się przyda w gospodarstwie.

— A ile, kowalu, może taki koń kosztować?

— Panie Boże odpuść — spluwa kowal — chcą za jednego podobno aż osiem tysiączków! Tyle pieniędzy za jednego konia? Złamie nogę taki dzikus i co ci zostanie? Lepszy już huculski konik albo taki ciężki wałach roboczy, z zadem jak ołtarz, z piersią jak organy. Juścić, bywały dawniej konie po dworach, ale teraz... traktor! Słychać, że dziedzic wyprzedaje się z łąk. Na co, powiada, siano, na co konie, kiedy teraz wszystko maszyny.

Hordubal przyświadcza skinieniem głowy. Prawda, maszyny. Jak w Ameryce. Muszę przypilnować, żeby Polana nie narobiła głupstw. Nastaną maszyny i co zrobisz ze swoimi końmi? Aha, więc widzisz sama. Nie, nie, Polano, nie dam dolarów na łąkę. Kawał roli i krowy to co innego. Maszynami się ludzie nie najedzą. I że się to niby nie opłaca. No, choćby się nawet nie opłacało. Ale masz mleko i ziarno. To też coś znaczy.

Hordubal wraca do domu i niesie kawał żelaza, jeszcze gorącego. Polana pewno gotuje obiad. Juraj zakrada się po schodkach na strych i przymocowuje hak do wewnętrznej strony drzwiczek. Tak, jeszcze tylko ten krążek... Po schodkach wchodzi Polana i patrzy, co też ten Juraj tak majstruje. Zapyta go się? Nie, nie pyta, tylko uparcie patrzy.

— Już zrobione, Polano — mruczy Hordubal. — Przymocowałem ci tu hak, żebyś mogła się zamykać.

IX

Zaczyna ci już być głupio, Juro Juraju. Włóczysz się po podwórku, gapisz się i nie wiesz, co robić. Wziąć się do kapusty? To robota nie dla chłopa. Karmić drób? Doglądać świń? To wszystko praca babska. Wszystko drzewo już porżnięte i porąbane, płot naprawiony, to i owo zrobione z drzewa. Gapisz się jak stary Cyryl, co miele pustymi bezzębnymi ustami na podwórku Michała Herpaka. A sąsiadki spoglądają i myślą: Ładny gazda! Łazi po podwórku z rękoma w kieszeniach i ziewa. Bodajś sobie szczękę wykręcił!

Tam w dolinie na łąkach jest Manya, więc cóż mam robić? Siedź tam sobie, co mnie do równiny! Patrzcie go, parobek, a dogaduje: Żebyście, gospodarzu, to, żebyście owo. I żebyś wiedział, zrobię! Nie potrzebuję niczyich rozkazów, ale jeśli coś ma być z drzewa, zrobię! Dawniej lasy wyrąbywano, a teraz podobno nikt drzewa nie kupuje, tartaki stoją, drzewo gnije.

Ach, miły Boże, żeby tak znowu krowy pasać! Nie dwie krówki, bo to tylko ludziom na śmiech, ale dwanaście krów, i pędzić je gdzieś daleko, choćby na Wołowy Chrbat, a w ręku mieć siekierę na niedźwiedzia. I nikt nie powie: Nie gadaj do krów! Trzeba czasem krzyknąć coś bydlątku.