— W takim razie pozostałby tutaj? — pyta napięta jak łuk.

— No tak. Dlaczego nie miałby zostać? Mieszkałby jak u rodziców. To już nie byłby obcy człowiek, ale zięć. A ludziom zatkałoby się gębę. Przynajmniej zobaczyliby, że... że wygadywali tylko świństwa. To dla ciebie, Polano. A poza tym, no, zdaje się, że Hafię lubi, a na koniach się zna. Niewielki z niego robotnik, prawda, ale czy to pracowici się bogacą?

Polana myśli tak usilnie, aż marszczy czoło.

— Czy sądzisz, że Szczepan zgodzi się na to?

— Zgodzi się, duszko. Mam pieniądze. No cóż, dostanie je. Proszę cię, na co mnie się zdały pieniądze? A Szczepan jest chciwy. Chciałby mieć łąki, konie, równinę aż po skraj świata. Gdy o tym mówi, to mu się oczy świecą. Zyska bardzo wiele, więc wahać się nie będzie.

Twarz Polany staje się znowu nieprzenikniona.

— No, jak uważasz, Juraju. Ale ja mu o tym mówić nie będę.

Juraj wstaje.

— Sam mu o tym powiem. Nie kłopocz się. I do adwokata pójdę się poradzić, jak i co trzeba zrobić. Myślę, że musi być jakaś umowa. Postaram się, juścić, i o to...

Hordubal czeka, myśli zapewne, że Polana powie jeszcze coś. Ale Polana zaczyna się nagle śpieszyć: