— Zdaje się, że młynarz przejął się strasznie słowami doktora — mówił dalej Jörgen. — Widziałem, jak mu ręce drżały.

— Och, zaledwie zdołał powstrzymać łzy... a potem ustawicznie błagał: „Musi ją pan uratować, doktorze! Nieprawdaż? Ona nie umrze?...”, zupełnie jak dziecko...

— Tak, to jednak szczególne.

— No, przecież to jego żona.

— Zapewne, ale mnie się zdaje... że jeżeli ktoś ciągle ugania się za inną i jest jakby opętany... można by przypuszczać, że chyba życzy sobie, aby się jej pozbyć.

— Życzy sobie, aby się jej pozbyć? Co ty wygadujesz?

Moralne oburzenie, jakie miało się przejawić w tych słowach, nie sprawiło bynajmniej wielkiego wrażenia na Jörgenie. Podniósł się, oparł kolano na stołku, a łokcie na poręczy i spojrzał dziewczynie ostro w oczy.

— Słuchaj no, Lizo, jeżeli ona umrze, to ja dobrze wiem, kto zostanie żoną młynarza.

— Ach, wiecznie pleciesz niedorzeczności!

— Być może... ale co wiem, to wiem i inni także wiedzą, a ty sama najlepiej.