Ciągle jeszcze stała pochylona nad kotem, który rozkosznie przewrócił się na grzbiet i wpił się pazurami w jej rękaw, podczas gdy jej palce błądziły po gęstym futrze brzucha. Jasny węzeł włosów dotknął kolana Jörgena. On przechylił się teraz nieco i szepnął jej do ucha:
— Wszystko zależy od tego, jak to będziemy rozumieć, Lizo.
Dziewczyna wyprostowała się nagle i zaśmiała krótkim śmiechem.
„Czyż ja ją tak bardzo kocham?”
Nastało milczenie. Słychać było tylko prychanie kota.
— A zatem cóż doktor powiedział? — pytał Jörgen z uporem.
— Ach! Powiedział, że nie ma wiele nadziei... ale nie trzeba rozpaczać, bo wszystko jest w ręku Boga... powiedział to, co się zwykłe mówi w takich wypadkach.
— Tak, tak przypuszczałem.
— A teraz także proboszcz przyjechał.
Liza nie zastanowiła się, że jeszcze przed odwiedzinami doktora posłano po proboszcza, że zatem nie świadczy to o niczym. Dla niej przybycie proboszcza stało się kropką nad i. Teraz młynarka musi w to uwierzyć.