Podszedł ku niej i mimo woli mówił szeptem.

— Młynarz powiedział, że ma dużo roboty i że woli zjeść obiad w młynie... Wobec tego i wy także nie możecie grymasić.

— O, mnie się to bardzo podoba, skoro ty sama tak uprzejmie tu przychodzisz — odpowiedział Jörgen i ujął ją pod brodę, wciskając kciuk w głęboki dołek.

Liza nie mogła się sprzeciwić, ponieważ trzymała tacę w obu rękach, a stłoczone worki nie pozwalały uskoczyć w bok.

— Trzymaj łapy przy sobie! — warknęła i zmarszczyła czoło, ale raczej figlarnie niż gniewnie. A oczy jej śmiały się tak łajdacko, że młodzieniec przypomniał sobie żywo prawidła psychologii kobiecej.

I ona przemawiała szeptem, nie chcąc, by posłyszano jej słowa na piętrze żarnowym, gdzie ciągle odzywał się nieustanny stuk młotka.

Jörgen napawał się rozkoszą tej sytuacji właśnie dlatego, że gospodarz był tak blisko i ciągle dawał znaki swej obecności.

— Nie, nie Lizko! — odpowiedział i jeszcze serdeczniejszą pieszczotą dłoni ogarnął cały miękki policzek — to byłoby trochę nudne.

— No, a to nie byłoby nudne, kiedy niedawno pocałowałam cię dobrodusznie, a ty stałeś jak grzeczne dziecko, bojąc się ruszyć palcem?... Ilekroć o tym pomyślę, śmiech mnie porywa i przez pół godziny kolki kłują mnie w boku... Ale czemu zabierasz tacę? Czy nie wystarczy ci twoja własna porcja?

— Nie, dzisiaj mi nie wystarczy — odparł Jörgen i odebrawszy z jej rąk tacę, postawił ją na najbliższej górze worków.