Potem, aby zilustrować swoje słowa, pochwycił wpół udającą przestrach dziewczynę, przycisnął mocno do siebie i wycałował ostro.

Liza, chętnie czy niechętnie, przyjęła to w każdym razie bez głośnej demonstracji, ponieważ nie chciała zdradzić swego postępku górnym sferom.

Podczas gdy Jörgen upajał się tymi pocałunkami, które dla jego budzącej się męskości były potwierdzeniem prawdy słów, że rozkoszniej jest dawać aniżeli brać, stuk młotka rozbrzmiewał ciągle z równomiernością beznamiętnej pracy. I parobek błogosławił tę bliską obecność majstra, której zawdzięczał swoje zwycięstwo.

— Tak — rzekł Jörgen, wypuściwszy ją wreszcie z uścisku i łapiąc chciwie powietrze w płuca — teraz odpłaciłem ci, chociaż długo trzeba było na to czekać.

— Jesteś po prostu potworem — boczyła się Liza. — Oto skutki zbliżania się do ciebie!

I spojrzała wzrokiem pełnym wyrzutu najpierw na Jörgena, a potem na swoją suknię.

— Przyniosę prędko szczotkę.

— Nie, nie! Nie szkodzi... dzisiaj nie pada.

— Ależ... zaczekaj... przecie tak nie można... Lizo... słuchajże!...

Ale Liza, która weszła już na kilka schodów, odwróciła się tylko i gwałtownym ruchem dała mu znak, aby milczał.