— No, Lizo! Cóż to znaczy?
— Ach, to nic, nic... Zmogło mnie wzruszenie, bo jestem tu już z górą rok w młynie i przywiązałam się bardzo do tego domu, a teraz... niedługo muszę odejść.
Mrugnęła oczyma, wydawało się, że znowu zacznie płakać. Młynarz wzdrygnął się.
— Odejść? Dlaczego?
— Ano, nie może być inaczej, skoro pan majster się żeni.
Młynarz oparł się obiema rękami o brzeg stołu, wyprężył ramiona i cofnął się nieco wstecz korpusem.
— Jakaż znowu niedorzeczność? Któż powiada, że się żenię?
— To obojętne, kto powiada; ja wiem na pewno, że się pan żeni... z siostrą leśniczego... to się rozumie samo przez się.
Młynarz milczał przez chwilę. Nie miał odwagi odpowiedzieć na ten zarzut bezpośrednim przeczeniem.
— Głupie plotki! — zawołał. — Jak się okazuje, nie można bywać w domu, gdzie jest młoda dziewczyna, bo od razu wszystkie stare baby rozpuszczą języki!... Zresztą nie rozmawialiśmy z sobą dotychczas o małżeństwie.