— Mój Boże, staruszka leży bez ruchu i rozmyśla nad tym i owym, ponieważ nic lepszego robić nie może. Ja nic nie mówiłem. Znasz chyba moją opinię o tym młynarstwie.
— Tak jest. Czy widziałeś kiedyś potem tych dwoje?
— No tak, widziałem ich raz... było to w najbliższą niedzielę po mojej bytności w młynie na wzgórzu... Ale stali tak blisko domu, że nie mogłem podsłuchać, o czym mówią. Ale śmiali się.
— Tak... śmiali się! — powtórzyła Liza z miną człowieka, który postanowił śmiać się na ostatku.
Uznała, że śmiech jest mniej niebezpieczny aniżeli wspólne zastanawianie się nad grzesznością ludzkiej natury: śmiech znała dobrze i wiedziała, jaką ma wartość.
— Czy grała coś, kiedy powrócili do domu?
— Nie słyszałem, a pozostawałem dość długo w pobliżu.
Liza skinęła głową z zadowoleniem i podcięła biczyskiem czarny chwast rosnący na skraju drogi.
— Z tego nic nie będzie... stanie się tak, jak przewiduje matka.
Peer odwrócił się ociężale połową ciała, by spojrzeć na nią z zadziwieniem i badawczo. Odwrócenie samej głowy było niewygodne z tego powodu, że szyję okręcił trzykrotnie wełnianym szalem.