— Więc gadajże nareszcie dziewczyno, jak daleko z nim zaszłaś?

Liza roześmiała się.

— Jeżeli tylko o to chodzi, to mogę go zaprowadzić, dokąd zechcę... Nie dawniej jak wczoraj przed południem zaścielałam właśnie łóżko młynarza, kiedy nagle ogarnęło mnie straszne znużenie... zdarza się to niekiedy w ostatnim czasie... Usiadłam na łóżku. Wtem usłyszałam, że młynarz nadchodzi. Chciałam się zerwać, ale potem rozmyśliłam się, położyłam się, zamknęłam oczy i udałam, że mnie sen zmorzył wskutek zmęczenia. Wszedł do izby, stanął obok mnie... stał długo... mogłam dosłyszeć jego oddech... pochylił się nade mną, poczułam na czole jego gorące tchnienie, wydawało mi się, że widzę poprzez zamknięte powieki, jak pochłania mnie spojrzeniem, wydawało mi się, Peer, że jego oczy niby macki suwają się wzdłuż mojego ciała... wystarczyłoby podnieść się, aby go uchwycić.

— A więc do wszystkich diabłów, czemuż nie zrobiłaś tego dziewczyno?! — zawołał Peer. Był sam zrównoważonym i zimnokrwistym człowiekiem, ale takie panowanie nad sobą wydało mu się jednak bezcelowe.

Liza potrząsnęła głową i odpowiedziała z ironicznym uśmiechem i przemądrzałym wyrazem twarzy:

— To nie była właściwa droga, Peerze.

— Hm. Nie wydaje mi się to tak pewne.

— Nie, Peerze, tą drogą nie doszłabym z nim do celu.

— Naprawdę?... Bądź co bądź pokrzyżowałoby to przynajmniej plany tej z leśniczówki. Nie mogą się pobrać tak prędko... ze względu na przyzwoitość... a taka świętoszka dba bardzo o zachowanie pozorów. Rok musi upłynąć... Kiedy to młynarka umarła?... W maju?... No więc: gdybyś była w ciąży, to cały plan panny z leśniczówki, by się wydać za młynarza, wziąłby w łeb od razu.

— A potem? Czy myślisz, że potem ożeniłby się ze mną?