Oto już nadchodziła!

Drzwi skrzypnęły cicho — coraz bliżej stukały wahające się kroki — młynarz stał obok niej. Pogłaskał ją — dość ostrożnie — po twarzy. Płonęła ogniem, natomiast jego ręka była chłodna i wilgotna.

— Biedna Lizo! Jesteś zapewne bardzo śpiąca.

— Nie, wcale nie jestem śpiąca — odpowiedziała, ziewając dyskretnie.

— Nie? To dobrze, bo i mnie się spać nie chce.

— Doskonale się składa, skoro chcemy przeczekać burzę, ponieważ dotąd nie słyszałam jeszcze grzmotów.

— Nie słyszałaś?... Ha, ha, ha?

Młynarz zaśmiał się do rozpuku i poklepał ją po plecach.

— Cóż w tym śmiesznego? — zapytała Liza naiwnie.

— Ha, ha!... A to świetne!... Ha, ha, ha!... A to szelmeczka!... Nie przypuszczałem tego Lizo! A to figlarz z ciebie!