— Gdzie Janek? — zapytała, łapiąc oddech, jak gdyby przeraziła ją myśl, że chłopiec wejdzie tu lada chwila.
— W leśniczówce. Zostawiłem go tam, bo chciałem być tu z tobą sam na sam.
Przyciągnął ją ku sobie. Dziewczyna wzbraniała się, wpierając łokcie w jego pierś.
— Lizo!!
— Nie, nie!... Czego chce pan ode mnie?
Głos jej dygotał trwogą. Było to zupełnie nieznane jej dotąd uczucie trwogi, które nagle zrodziło się w praźródłach dziewictwa... jako nieoczekiwany sprzymierzeniec, popierający jej cnotliwe postanowienie.
— Ależ Lizo! Nie bądźże śmieszna! Wiesz przecie, że cię kocham, a ty kochasz mnie troszeczkę... prawda?
Przycisnął ją do piersi i ucałował parokrotnie.
— Panie! — błagała.
W jej błagalnym głosie brzmiała jeszcze ciągle owa elementarna trwoga; młynarz wyczuwał drżenie jej całego ciała. I ona to odczuwała... i jeszcze coś więcej. Nie jest dobrze zawierać sojusze z nieznanymi, podziemnymi mocami. Ten nowy element, który nagle przyszedł jej na pomoc, wydał się jej teraz zdradliwym sprzymierzeńcem, gotowym w każdej chwili wydać ją na łup wroga.