— No tak — przyznał Jörgen — może i zdarzyło się, że ścigał jakiegoś rogacza... Nie będziesz chyba osądzać go zbyt surowo z tej przyczyny... Co, Lizo kłusowniczanko?
— Jörgenie! — krzyknęła dziewczyna tonem pełnym wyrzutu, marszcząc brwi.
— Nie gniewaj się, Lizo! Wiem, że nie lubisz tego, ale tak się jakoś złożyło przy tej sposobności, zrozum... U nas zdarzało się to zresztą tylko przypadkowo... ot, po prostu fuszerka4.
Liza skinęła głową, potwierdzając fakt, że bywają także przygodni złodzieje, a jednocześnie dziękując za kryjące się w tej uwadze pełne szacunku uznanie dla niej, córki rodziny Vibe, w której uprawiano kłusownictwo od szeregu pokoleń z zawodowym mistrzostwem. W słowach Jörgena brzmiało życzenie, by zaznaczyć pewien związek między obiema rodzinami, ale zarazem podkreślić skromnie nieporównaną wyższość rodziny Vibe. Ta delikatność zasługiwała na uznanie i została uznana.
— Tak, więc to ten fuszer wchodził nam w drogę... i to nawet w proboszczowskim lesie!... Bądź co bądź było to trochę bezczelne! Hm... I wtedy zobaczył ją naprawdę?
— Tak, najwyraźniej. Opisywał ją dokładnie, taką samą, jaką widział dziadek, kiedy ją tracono. Była tak piękna, że wszyscy płakali.
— A cóż ona właściwie uczyniła złego?
— Zamordowała swego narzeczonego, proboszcza, podawszy mu zatrute ciasto.
— W takim razie przypuszczasz może, że ja karmię tę tam zatrutym ciastem?
— Jezusie!... Nie mów tak, Lizo! Strach słuchać... zwłaszcza w ciemności.