— O tak... ale poza tym jest bardzo sympatyczna, kiedy się o tym czyta.
„Sympatyczna” — to było słowo, jakie zapamiętał z czytania. Lizę zdziwiło to wyrażenie, ale wydało się jej bardzo ładne, albowiem mogłoby i do niej się stosować.
— Ale człowiek idzie za to do piekła.
— Ta... a... k.
Jörgen nie rozmyślał nigdy zbyt dokładnie o piekle, mimo woli jednak wyobrażał sobie kobiece jego mieszkanki jako brzydkie, stare baby, bez wyjątku brodate czarownice z bajki. Toteż zaniepokoiła go bardzo myśl, że tak wdzięczne stworzenie jak Metta mogłoby tam przebywać.
— Ale tak było kiedyś, że ludzie byli bardzo źli — oświadczyła Liza, bębniąc nogami w podłogę.
— O nie, Lizo, to zdarza się i teraz! Słyszałaś zapewne o tej, którą kat ściął w proboszczowskim lesie koło Tostrup? To przecież niedaleko od was.
— Tak, słyszałam o takiej, która tam pono3 straszy.
— O, to pewne. Mój ojciec widział ją kiedyś na własne oczy, gdy w jasną, księżycową noc musiał iść przez las.
— Musiał? — powtórzyła Liza drażniącym tonem zapytania i pochyliła się naprzód, aby mógł zauważyć jej wyzywający uśmiech. — Czyżby wybrał się na niedozwolone łowy?