— Od paru dni.
Skłamała bez namysłu, pod wpływem samozachowawczego instynktu, aby przynajmniej od siebie, a w miarę możności także od brata oddalić podejrzenia, jakie niewątpliwie wzbudzi zniknięcie Jenny.
— Było to przedwczoraj. Zapukał wcześnie rano do mojego okna i prosił, abym przechowała u siebie strzelbę, ponieważ już był jasny dzień. Peer nie jest właścicielem dóbr i nie może spacerować w dzień ze strzelbą bez obawy, by go nie zapytano o pozwolenie na broń. Tak, nie może, chociaż bardziej niż ktokolwiek inny zasługuje na prawo używania broni.
Liza mówiła bez ogródek i otwarcie. Wszak wszystko — pomijając drobne przesunięcie daty — było szczerą prawdą. A w głosie i w słowach jej brzmiała dumna pogarda dla tych małostkowych, społecznych prawideł, które pozostają w sprzeczności z rzetelną dzielnością. Niechby tak panowie właściciele dóbr spróbowali kiedyś strzelać o zakład i zmierzyć się z jej bratem, wówczas okazałoby się dowodnie, kto jest najbardziej godny nosić strzelbę na ramieniu! Ale ponieważ prawo to przysługuje ludziom nie dzięki zasłudze, lecz dzięki odziedziczonym majątkom, więc oczywiście, Peer Vibe musi ukrywać swoją strzelbę u siostry. Tak jest! Nie zapiera się wcale, że jest jego siostrą! Czyż z tego powodu zasługuje na karę?
Twarz młynarza rozjaśniła się wprawdzie, ale bynajmniej nie była jeszcze zupełnie pogodna.
Aczkolwiek wiarygodne wyjaśnienie Lizy zepchnęło olbrzymi ciężar udręczenia z serca zakochanego, to jednak równocześnie położyło się nowym, wielkim ciężarem na poczuciu godności przyszłego małżonka. Kłusownicza strzelba w szafie uprzytomniła mu doraźnie nowe związki pokrewieństwa; poza tym szwagrem, który — z całym szacunkiem dla jego „dzielności” — był bądź co bądź niezbyt godną osobą, czaiło się jeszcze całe gniazdo w bagnach Virket, o którym młynarz miał niezbyt dokładne wyobrażenie, ale właśnie tym bardziej budzące lęk.
Zamruczał więc nie nazbyt przyjacielskim tonem gorące życzenie, aby jej brat, skoro nie może paradować ze strzelbą na ramieniu, poszukał sobie innego miejsca do przechowywania broni.
Ze łzami w oczach zapewniła Liza, że to się już nigdy nie powtórzy. Zresztą może już w niezbyt odległej przyszłości będzie Peer spokojnie i jawnie chodził ze strzelbą, ponieważ szambelan chce mu dać stanowisko gajowego w lesie na Sundzie, uznając, że jest on najlepszym strzelcem w całej bliższej i dalszej okolicy.
Kiedy zaś młynarz — wyrażając uznanie, że Peer zamierza wreszcie zająć uczciwe stanowisko — podkreślił żal, że dotąd jeszcze nie uczynił tego, Liza przyznała szczerze, że to, co zrobiła, byłoby niestosowne dla niej jako dla młynarki. Więc niech się nie obawia, by się to powtórzyło. I mówiąc o tym, zapomniała poniekąd o swej dawniejszej uporczywej pogardzie dla społecznej klasyfikacji. Co więcej, dodała, że nawet jako służąca w jego domu nie powinna była tego uczynić. Ale to tak ciężko okazywać twarde serce swojej własnej krwi. No, trudno, raczej postąpi tak — chociaż będzie ją to kosztowało dużo wysiłku — byleby nie narzucać mu swej rodziny, bardzo biednej i nędznej. Prosi tylko, by pozwolił jej odwiedzić kiedy niekiedy biedną, chorą matkę i zawieźć jej trochę drobiazgów...
Sytuacja stała się nader wzruszająca, nikt nie poczytałby Lizie za złe, że słowa coraz częściej więzły jej w gardle i że wreszcie wybuchnęła płaczem. Wszak zawsze skłaniała się ku litowaniu się nad sobą samą, a w ciągu ostatnich dni przeżywała szczególniejsze wzruszenia. A ponieważ, jak wiadomo, młynarz Clausen nie miał w piersiach kamiennego serca, trudno byłoby się dziwić temu, że wziął w ramiona płaczącą narzeczoną, pocieszał ją, pieścił i wycałowując jej mokre policzki, zapewniał, że bynajmniej nie chce jej przeszkadzać pójść za głosem serca córki. Dobra córka bywa dobrą żoną, nie należy więc wyrzekać się rodzinnego domu, chociaż jest nędzny i biedny. Młynarz doznawał wstydu, że przejrzała jego myśli, gdy zapewniała, że nie chce mu narzucać swej rodziny. Dlatego też zaręczał, że jej chorej matce nie zabraknie niczego. Posunął się wreszcie aż do oświadczenia — przy czym miał wrażenie zdrady popełnionej względem swych przyjaciół z leśniczówki — że nie poczytuje znów za tak wielki występek kłusowniczych zamiłowań jej brata. Skoro biedaczysko, mający żyłkę myśliwską we krwi, nie rozporządzał własnymi terenami do polowania, musiał posługiwać się cudzymi. Nie wypadało tylko, aby tutaj, w młynie na wzgórzu, szukał w ten czy ów sposób kryjówki podczas swych nocnych wypraw. Ale ponieważ i sama Liza to uznaje, więc nie warto więcej o tym mówić!