— Tak jest — odparł Jörgen. I pokazał jej, jak wielkie koło kapturowe, umieszczone na tej skośnej osi, zazębia się dolnym brzegiem o tryby znajdującego się pod nim poziomego koła koronnego, nadając mu swój własny ruch, skutkiem czego znowu porusza się cały mechanizm młyna, znajdujący się na wszystkich rozmaitych piętrach.
Liza potakiwała, zrozumiawszy, o co chodzi.
— Tylko wielkie młyny holenderskie są urządzone w ten sposób — pouczał ją Jörgen. — W młynie kozłowym wszystko tkwi w jednej skrzyni jak mechanizm zegara. Ale w takim młynie jest tylko parę złożeń kamiennych i jedna łuszczarka i na wszystko brak miejsca.
Liza zaśmiała się.
— I taki kiepski młyn chciałeś mi ofiarować?!
— Ja? Jak to? — pytał Jörgen, rozdziawiając usta.
— Czy już zapomniałeś? Było to przecie owego wieczora, kiedy ona umarła... W twojej izbie. Zapytywałeś, czy gdybyś posiadał młyn kozłowy taki jak w Utterslev, czy nie wolałabym raczej być tam młynarką aniżeli tutaj.
— Tak, przypominam sobie teraz! A ty odpowiedziałaś, że mając do wyboru, wybrałabyś holenderski.
Liza śmiała się tryumfująco, wszystkie dołeczki na jej twarzy rysowały się rozkosznie w tym śmiechu.
— Tak, tak!