— Oczywiście — burknął Jörgen. — I w dodatku wzięłabyś męża!
— O... bardzo okazałego mężczyznę, wszyscy to mówią. Moja matka też słyszała taką opinię. Kiedy byłam u niej w niedzielę, powiedziała wyraźnie, że wszyscy nazywają młynarza okazałym mężczyzną.
— Okazałym?... Hm... niech i tak będzie! Bądź co bądź jest wysoki jak tyka.
— Co prawda, jest on trochę za poważny. Ale jeżeli przyjdzie mi ochota do figlów, będę mieć ciebie... i Chrystiana.
Jörgen nie nazbyt się zachwycił wydzieloną mu w ten sposób rolą.
Liza zagryzła wielkimi przednimi zębami dolną wargę i wpatrywała się uporczywie w Jörgena. To niesłychanie drażniące spojrzenie jej ciemnych, pozbawionych blasku oczu upajało się chciwie wciąż wzrastającym, mrukliwym zakłopotaniem biednego czeladnika i przenikało go tak nielitościwie, że wreszcie nie mógł dłużej patrzyć w jej oczy i odwrócił głowę.
Całe jej ciało drgało, wstrząsane falami cichego wewnętrznego śmiechu.
— No, nie bocz się tak głupio, Jörgenie! Opowiedz raczej jeszcze coś o takim młynie kozłowym... którego nie dostanę.
— Co tu opowiadać wiele? To znaczy, zasadnicza różnica okazuje się wtedy, gdy trzeba nastawić skrzydła pod wiatr. Otóż w młynie kozłowym jest to głupia robota. Mianowicie trzeba obrócić cały młyn... i diablo się napocić.
— A czy tutaj skrzydła obracają się same?