— Strasznie się boję pająków... chyba wiesz o tym — odpowiedziała Liza, bocząc się. I spojrzeniem, bynajmniej zresztą niegroźnym, dała mu do zrozumienia, że jest jego psim obowiązkiem pamiętać o jej drobnych przyzwyczajeniach.
— Tak, tak, już wiem... to tak jak wszystkie wytworne damy... i tak jak panienka Metta. Nie obawiała się natrzeć na rozjuszonego odyńca... ale przed myszą lub pająkiem uciekała z przerażeniem.
Liza przytaknęła, zadowolona z tego porównania. A ponieważ intruz-akrobata zniknął tymczasem w pokrytych pyłem wyżynach i pozostawił jej wolną drogę, poszła teraz chętnie za Jörgenem, który zaprowadził ją do otworu kaptura, i usiadł obok niego na krzyżowej belce.
— Teraz mianowicie siedzimy na krótkiej krzyżowej belce — pouczał ją z profesorską powagą. — Długa krzyżowa belka przechodzi również przez kaptur, ale z przodu, obok śmig i jeszcze dalej na boki.
— To zapewne dlatego nazywa się długa — zauważyła i uśmiechnęła się figlarnie, przygładzając prawą ręką włosy na czole, zmierzwione podczas walki z pająkiem.
— Tak sądzisz? Jesteś bardzo mądra!... A więc uważaj. Prościutko stąd aż do galeryjki idzie steert... tak nazywamy tę wielką belkę — mówiąc to, kopnął ją rozbujaną nogą — a na końcu steertu znajduje się kierownica; skośne sztaby, złączone z obiema krzyżowymi belkami, wiążą wszystko. Jeżeli teraz obrócimy na dole kierownicę i przesuniemy naprzód, steert wykonuje taki sam ruch, a wskutek tego i kaptur się obraca. Zrozumiałaś?
Liza słuchała bardzo uważnie wykładu i przytwierdziła teraz po namyśle.
— Tak, rozumiem doskonale... Ale chciałabym naocznie to zobaczyć... To znaczy, zostanę tutaj, a ty pójdziesz na dół i obrócisz kaptur... razem ze mną.
— Możemy to zrobić. Mały obrót jest zresztą i tak wskazany. Niech diabeł porwie ten wiatr! Coraz bardziej zmienia kierunek ku wschodowi... i wieje coraz silniej. Słyszysz, jak wyje?... Całe szczęście, że rozprężyłem trochę żagle... właśnie zanim ty przyszłaś.
Poza ich plecami śmigi świszczały regularnymi poruszeniami.