Radosny, pełen nadziei, wjechał młynarz w tę sferę blasków.
Młyn jednak był czarny.
X
Jakub wjechał przez bramę wiodącą na podwórze młyna.
Wyprzągł konia, napoił go i nakarmił. Dziwił się nieco, czemu Liza nie wybiegła na spotkanie. Ale zapewne siedziała po przeciwnej stronie domu w swym pokoiku, nie usłyszała więc turkotu wózka.
Ale nie znalazł jej w całym domu, nie dojrzał również w ogrodzie. Doznał poniekąd zawodu, ale pocieszał się tym, że niebawem ją ujrzy. Może wyszła na przechadzkę, korzystając z tego, że po tylu szarych godzinach rozjaśniło się i wypogodziło nareszcie. Oczywiście, Liza nie interesowała się tym nigdy, ale młynarz przypuszczał naiwnie, że to, co jego raduje, musi radować także innych ludzi — a zwłaszcza ją, jego ukochaną.
Jednocześnie postanowił zobaczyć, co też robi Jörgen — nie bez pewnej nadziei, że może znajdzie Lizę w izbie czeladnej. Otworzył cichutko drzwi i zajrzał do wnętrza — izba była pusta. Wówczas poszedł do młyna.
Szalejący hałas pouczył go niebawem, że praca wre, czego zresztą w tym wspaniałym, pełnym wiatru dniu należało oczekiwać. Na najniższym piętrze — tak jak przewidywał — nie zastał nikogo.
Teraz stał na piętrze żarnowym: trzy złożenia kamienne i łuszczarka pracowały — Jörgen sprawiał się dzielnie, a przecież nie miał pomocnika, bo Lars był nieobecny. Ale gdzie on się ukrywa, ten Jörgen? Było już dosyć ciemno, piętro żarnowe ginęło w mroku, a nawoływanie niewiele by pomogło w tym hałasie.
Młynarz podszedł więc kolejno do każdego ze złożeń kamiennych, zajrzał poza worki, wyszedł na galeryjkę — nie było nikogo.