Kiedy z powrotem wszedł w ogłuszający hałas, zwrócił uwagę na coś, czego nie dosłyszałoby żadne inne ucho prócz młynarskiego; doznawał wrażenia pustki i wnioskował stąd, że kamienie nie mają co mleć. Wstąpił na rusztowanie najbliższego złożenia kamiennego i sięgnął ręką do zbiornika: istotnie był całkiem pusty. I tak samo puste były inne zbiorniki. W tych warunkach praca trzech złożeń kamiennych nie na wiele, oczywiście, się zdała!
Chciał właśnie z przekleństwem na ustach, skierowanym przeciwko temu leniwemu osłowi, zeskoczyć z trzeciego złożenia, gdy nagle dostrzegł na podłodze jakieś gwałtowne poruszenia, kryjące się w cieniu. Pochylił się; były to koty toczące wściekły bój. Jednym z nich był oczywiście Kizia, drugi był prawdopodobnie obcym kotem, który zakradł się tutaj, był bardzo podobny do Pilatusa. Teraz wytoczyły się oba w świetlną smugę koło drzwi i czaiły się, leżąc na brzuchach i parskając na siebie. Czyż to możliwe?! Młynarz zeskoczył na podłogę i zbliżył się tuż do nich. Tak, to był Pilatus!
Ale skądże wziął się Pilatus tutaj? Powszechnie było wiadomo, że nigdy nie zachodził do młyna — nigdy, w żadnych okolicznościach! To był artykuł wiary, tak samo zasadniczy jak to, że Bóg stworzył świat. W to nie można było powątpiewać! A jednak Pilatus był tutaj, na piętrze żarnowym, w centrum młyna. Skoro działy się takie cuda na przekór ogólnemu doświadczeniu, to musiało to posiadać jakieś znaczenie. Więc cóż to oznaczało, że Pilatus był na piętrze żarnowym? I czemu twarz młynarza, dotychczas zaczerwieniona gniewem, zbielała nagle, jak gdyby bijący gniewnie w podłogę ogon koci obsypał ją wszystkim pyłem mącznym, pokrywającym piętro żarnowe? Czy taka, czy inna była tego przyczyna, bądź co bądź młynarz zaniechał dalszego przyglądania się walce kotów i zniknął z widowni boju, zdążając w ciemny kąt, gdzie znajdowały się schody, po których zaczął powoli wstępować na górę.
Walka trwała jednak dalej z niebywałą zaciętością, albowiem szlachetni przeciwnicy podjęli bój bynajmniej nie dla zdobycia chwały w ludzkich oczach. Tak bohatersko i tak zacięcie nie walczą nawet dwa królewskie tygrysy w dżungli, którą każdy z nich uważa za swoje wyłączne królestwo. Trudno było przewidzieć, komu bóg wojny odda zwycięstwo. Kizia i Pilatus pozostawali do siebie w takim stosunku jak opancerzony rycerz krzyżowy, siedzący na duńskim rumaku, do Saracena na arabskiej klaczy. Pilatus był przede wszystkim tęższy i lepiej opancerzony grubym futrem niż jego przeciwnik, natomiast tamten był nieporównanie zwinniejszy i ruchliwszy; posiadał też bez wątpienia większą wytrwałość i jemu przypadłaby palma zwycięstwa, gdyby walka potrwała dłużej; był jeszcze ciągle rześki jak na początku, podczas gdy Pilatus już zaczynał dyszeć wskutek zmęczenia. Ale Kizia nie wyzyskał tej szansy powodzenia, bo chociaż posiadał zalety dzikiego wojownika, a między innymi także szybką orientację, znajomość podstępów i forteli, to jednak brakowało mu zmysłu objęcia całokształtu sytuacji. Pilatus górował nad nim spokojem i opanowaniem, których nabywają bohaterowie dzięki wykształceniu i obcowaniu z wyższymi istotami, z bogami... Wreszcie niełatwo było rozstrzygnąć, którego z obu przeciwników umacniało w boju poczucie prawa i sprawiedliwości. Wiadomo, że nieraz mały piesek może podjąć na własnym podwórku walkę z olbrzymim brytanem. Do kogo jednak przynależało piętro żarnowe? Kizia nie żywił najmniejszej wątpliwości, że było ono jego posiadłością — trudno też zaprzeczyć, że sam Pilatus od dawna, bo już prawie od roku, uznawał faktycznie i szanował prawa Kizi, skutkiem czego jego własne uroszczenia uległy poniekąd przedawnieniu. W tej chwili jednak, bez względu na swoją rezygnację, Pilatus uważał tego tak zwanego Kizię za bezczelnego natręta, który obrabował go i przeciwko któremu burzyło się jego poczucie sprawiedliwości.
Walka szalała w dalszym ciągu, obraz jej zmieniał się jak w kalejdoskopie — to toczyła się na górzystych wyżynach worów, gdzie Kizia się schronił i przeciw którym Pilatus przedsięwziął podstępny, ale nieudany atak — to znowu w kącie pomiędzy złożeniem kamiennym a sąsiekiem, gdzie cofnął się tymczasem Pilatus, odparty ze stratą połowy ucha — to wreszcie na płaszczyźnie podłogi, gdy w szczęśliwej chwili bok przeciwnika uległ dotkliwemu nadszarpnięciu.
Koty czołgały się na brzuchach dokoła siebie, czyhając na chwilę, kiedy przeciwnik się odsłoni; zderzały się w powietrzu podczas skoku, przetoczyły się przez siebie, wpijały się w siebie wzajemnie zębami i pazurami; nie było wprost takiej okropności walki, jakiej by nie zobaczyło piętro żarnowe. Jednakże ściemniało się szybko. Skrzydła nocy pochylały się nad polem walki, nakazując uspokojenie temperamentów. Ale już żelazne kostki rozstrzygnięcia padły na korzyść białej armii.
Kizia wycofał się ostrożnie ku schodom, by zapewnić sobie drogę odwrotu. Pilatus jednak, godny swego rzymskiego imiennika, świadom, że jego konnica jest dosyć silna, by nacierać, lecz zbyt ociężała, by ścigać, nie chciał dopuścić do odwrotu przeciwnika i skoncentrował wszystkie swoje siły do ostatniego ciosu, by całkowicie rozgromić wroga. Dopadł go u stóp schodów. Nagle jednak ciężki but, schodzący z góry, rozdzielił niespodzianie obu walczących. I podobnie jak zaćmienie słońca podczas bitwy odbierało starożytnym chęć do dalszej walki, tak i tu nadprzyrodzona zapora położyła kres morderczym zapasom; każdy z przeciwników — zwycięzca i zwyciężony — poszedł chyłkiem swoją własną drogą.
Ale wyższe istoty, które dążąc ku własnym celom, wkraczają decydująco w przyziemne stosunki, nie baczą na nie wcale. Tak i młynarz nie zauważył nawet, że potknął się o koty. Przeszedł przez piętro żarnowe, zatoczył się i pospieszył na galeryjkę... Chciał odetchnąć świeżym powietrzem.
I znalazł tutaj świeży dech morski.
Wicher powitał go gwałtownym podmuchem i zdarł mu kapelusz z głowy. I na to też młynarz nie zwrócił uwagi. A jednak był to najlepszy jego kapelusz, nowiuteńki, który wdział, jadąc do miasta i który zapomniał zdjąć, idąc do zapylonego młyna. Teraz kapelusz przeleciał wielkim łukiem ponad balustradą galeryjki na pola i tam potoczył się jak koło; nikt nie zatroszczył się o niego.