Pod stopami młynarza rozległ się szum niby wodospadu: to Chrystian otworzył zastawę przewodu łuszczarki. Młynarz zadziwił się nagle, czemu tak późno przebywa tutaj na piętrze żarnowym. Ach tak! Z powodu kapania kropli — czekał na te strachy. No, co prawda, długo musiał czekać — i może nadaremnie.

„Jeżeli krople zaczną kapać — pomyślał — w takim razie odwlokę jeszcze decyzję, jakiś pretekst zawsze się znajdzie. Ale jeżeli nie będą kapać, ożenię się. Z końcem tygodnia zaproszę Hannę i teściową, i wówczas oznaczymy dzień ślubu”.

Wstał. Chrystian, który właśnie nasłuchiwał przy schodach, wzdrygnął się i odwrócił z widocznym zakłopotaniem.

— No cóż, Chrystianie? — zapytał młynarz, uśmiechając się szyderczo. — Jak się zdaje, dzisiaj nic już nie usłyszymy.

— Ach, jak na złość wicher tak strasznie huczy. Czyż można usłyszeć coś w takim hałasie?

— Nazywasz to hałasem?! A ja słyszałem kapanie tych kropli, chociaż hałas był nieporównanie większy.

Chrystian rozwarł szeroko swoje oczy dorsza.

— A więc i pan już słyszał, panie majstrze?

— Tak jest, wtedy... Ale wtedy była to prawdziwa krew.

— Ach, wtedy!