Młynarz niepokoił się bardzo, myśląc o tym, jakie wrażenie wywrze ta wieść na Janku. Toteż kamień spadł mu z serca, gdy chłopiec przybiegł szybko ku niemu i nie mówiąc nic, tulił się do niego oraz patrzył mu w oczy poprzez łzy radości. Gdy więc teraz widział synka i narzeczoną siedzących razem, ogarnęła go cicha radość, z wielką ulgą powtarzał sobie, że postąpił słusznie — choćby ze względu na chłopca. Albowiem dziecko podczas tej zimy nie miało ani matki, ani ojca — tak dłużej trwać nie mogło. On sam wskutek zbłąkania się i wskutek zbrodni przegrał wszelkie prawo do rodzinnego szczęścia, ale biedne, niewinne dziecko nie powinno za to pokutować. Jeżeli teraz da matkę temu dziecku — o co przede wszystkim chodziło, a nie o to, by sam miał żonę — to może i w jego duszę spłynie blask pokoju, może Bóg nie odmówi mu tego ze względu na dziecko.
Gdy Jakub powrócił ze świetlicy, niosąc pudełko cygar i zaspokoił żądanie szwagra, rozmowa zeszła na inne tory: od pogody przeskoczono nagle do tajemniczych znaków. Ten przeskok z tematu na temat spowodowało niewinne zapytanie pani Andersen, która zagadnęła Hannę, kto ją i Jakuba połączy stułą, skoro dobry stary proboszcz, pastor Schmidt, właśnie zmarł.
— Zapewne religijny „grosista” da im ślub — zauważył Smok, obracając troskliwie cygaro w ustach, aby przykleić mocno zewnętrzny liść. Procedurę tę uważał za niezbędny drugi etap przygotowań po obcięciu koniuszka cygara.
— Masz na myśli zastępcę — poprawiła matka, spoglądając surowo na niego, jak gdyby sama nie posługiwała się nigdy takim wyrażeniem.
— No tak, nazywamy go przecież w ten sposób — dowodził dobrodusznie Smok, przystępując z nabożeństwem do trzeciego etapu, do zapalenia cygara.
— Nie rozumiem, dlaczego mówisz: „my” — skarciła go matka tak niełaskawym spojrzeniem, że uznał za konieczne usprawiedliwić się.
— No, no... nie gniewaj się. Powiedziałem bez złej myśli, jest on przecie osławionym człowiekiem, ale właśnie w tym wypadku będzie najbardziej powołanym, bo zalicza się do waszych zwolenników, Christensenie... dzięki temu, że bierze udział w misjach... to się dobrze składa. He, he, nasz stary Schmidt... niech mu Bóg da zbawienie wieczne!... Ten był mniejszym rygorantem. Lubił on, Bogu wiadomo, swego l’hombre’a... to jest wista, chciałem powiedzieć... wist był jego ulubioną grą, a niekiedy hazardował wysoko. Pewnej nocy w Nykjöbing przegrał wózek i konie... przegrał je nieboszczyk jak bułkę za grosz.
Leśniczy Christensen potrząsnął złośliwie głową, jak gdyby wątpił w zbawienie tego „pastora od l’hombre’a”.
— Tak, słyszałem i ja o tej historii...
— Fakt! Przegrał parę pięknych koni. Wózek był już trochę zniszczony, ale konie śliczne... I przegrał je jakby nigdy nic!