— Ach, ludzie przesadzają zawsze, opowiadając o takich rzeczach — oświadczyła matka ostrym tonem, albowiem szanowała bardzo Kościół w ogóle, a jego miejscowego przedstawiciela w szczególności.

Smok doznał niemiłego, niewyraźnego wrażenia, że nie umie dzisiaj utrafić w ton. Ale do diabła! Czyż można było utrzymać miarę? Ze złością pociągnął dym z cygara. Diabli nadali to gadanie! Phh! To zapewne skutek upału... albo wina, które muszę wypijać. A niech diabli porwą! Milczeć i palić cygaro... to najlepiej.

Właśnie powziął to chwalebne postanowienie, gdy nagle ledwie odzyskana równowaga zachwiała się znowu wskutek pozornie niewinnej uwagi leśniczego, że pastor Schmidt umarł nagle. Pani Andersen wstrząsnęła parokrotnie smutnie głową i otworzyła usta, chcąc opowiedzieć, jak niespodziewanie zaskoczyła ją ta żałobna wieść. Tymczasem Smok trzasnął ręką w kolano — tak mocno, że Karo przebudził się ze snu — i zwracając się do leśniczego, mówił:

— Aha!... Nagła śmierć? Otóż przypominam sobie... aniby pan zgadł, panie leśniczy! Przed rokiem... tutaj... w dzień pogrzebu... kieliszek prysnął mu w ręku, gdy się trącał... ach, nie, pan nie był przy tym... ale tyś widziała, mateczko... czy pamiętasz? Przeraziłaś się bardzo... i my wszyscy także... mój Boże! Dreszcz mnie przeniknął, a pastor Schmidt zbladł jak ściana, tak, tak! Przejął się do głębi tym znakiem... biedak, i on w to wierzył!... Dziwne to było zaiste. Bogu wiadomo!

Wobec tego, że jego wielebność zbliżał się szybko do biblijnego wieku — że otyła postać o krótkiej szyi i zaczerwienionej twarzy miała apoplektyczny wygląd, że stały partner pastora przy wiście, lekarz okręgowy, przepowiadał mu od dawna nagłą śmierć, jeżeli nie będzie przestrzegał pewnych dietetycznych zasad, czemu bogobojny mąż pod wpływem swej luterańskiej antypatii do ascezy bardzo zasadniczo się opierał, dalej zaś wobec tego, że pastor Schmidt pozostawał jeszcze na stanowisku i nie był zabezpieczony przed atakami śmierci tytułem emeritus (stan spoczynku oddziałuje, jak się zdaje, niezwykle konserwująco) — wobec tego wszystkiego i innych okoliczności śmierć pastora nie była może czymś tak bardzo niezwykłym, wymagającym nadnaturalnego wyjaśnienia. Mimo to wszyscy obecni zgodzili się ze Smokiem, że wypadek ten był niezwykły i tajemniczy.

Zwłaszcza dziedziczka okazywała duże podniecenie.

— Ach, mój Boże, kiedy pomyślę, jak starał się mnie pocieszać: „Pójdź pani, moja droga pani Andersen!”, powiedział poczciwy pastor, „kropelka wina pokrzepi panią”.

— Święta prawda! — zamruczał Smok. — Własne, autentyczne słowa pastora.

— A ty trąciłeś się z nim, Henryku — mówiła dalej matka coraz bardziej podnieconym głosem. — Trąciłeś się tak mocno... wtedy właśnie stało się to... zawsze jesteś tak niezręczny...

Niezupełnie jasno wynikało z tych słów, w jakiej mierze poczciwa kobieta obwinia siebie i syna o udział w zamordowaniu pastora. Smok cierpiał widocznie wskutek tej niejasności. Podrapał się po karku i burknął: