Matka odpowiedziała opryskliwie:
— No, chyba wiesz o tym dobrze, Henryku.
Istotnie, jeszcze niedawno, gdy zamierzone małżeństwo Jakuba z Hanną doszło do wiadomości członków rodziny, dziedziczka — w przystępie rodzicielskiej poufałości — opowiedziała synowi o owym tajemniczym stukaniu w okno. Jakże żałowała teraz tej niebacznej szczerości, gdy zauważyła, że błysk rodzącego się zrozumienia rozjaśnia twarz syna niepojętą, lecz groźną w skutkach wesołością.
— Już wiem! Już wiem!... Oczywiście! Mówisz o tym stukaniu w okno leśniczówki... prawda? Ej, ej! Że też poczciwa Chrystyna zadawała sobie tyle trudu, i to leżąc już na śmiertelnym łożu? Mój Boże! Naprawdę, zgoła niepotrzebnie. To małżeństwo i bez stukania doszłoby do skutku... prawda, Jakubie?
I znowu młynarz wzdrygnął się, gdy szwagier niespodziewanie wymówił jego imię. Słowa leśniczego o nagłym zgonie proboszcza zbudziły w jego wyobraźni straszliwy obraz tych dwojga, których nagle, obciążonych grzechem — jak powiedział leśniczy — bez żadnego ostrzeżenia wysłał na tamten świat. Zapomniał o otoczeniu. Gdy teraz szwagier przemówił do niego, chwycił mechanicznie pudełko z cygarami stojące na krześle i podał je Smokowi.
Ten wybuchnął głośnym śmiechem i pokazał mu cygaro, wypalone zaledwie do połowy.
— Nie, dziękuję ci, nie mogę ćmić cygara z taką piekielną szybkością... doskonały towar... Jestem pełen szacunku! Tak, tak, ty rozumiesz się na tym, co dobre... Ale... co chciałem powiedzieć... że i tak doszłoby do skutku!
— Co doszłoby do skutku? — pytał Jakub.
Tym razem Smok wprost ryknął śmiechem, zakołysał się na swej ławce, twarz jego stała się karmazynowa, można było przypuszczać, że naprawdę grozi mu apopleksja.
— Ha! Ha! Ten utonął w myślach o małżeństwie! — zawołał, zwracając się do obecnych i nie dostrzegając, że inni bynajmniej się nie śmieją, a raczej przeciwnie, roztargnienie młynarza przygnębia ich i że przyczyny tego roztargnienia nie doszukują się wcale w myślach o małżeństwie.