Pod wpływem podniecenia uniósł się; klęczał teraz obok niej.

— Jakubie! Nie wolno ci mówić do mnie w ten sposób! Powinieneś więcej myśleć o Bogu i modlić się także za mnie, a wówczas nie zapomnisz, że i ja jestem biednym, grzesznym człowiekiem, tak samo jak ty... i wówczas będziesz mnie naprawdę kochał... bo trochę to już teraz mnie kochasz, Jakubie.

Oblała się rumieńcem, kiedy wypowiedziała lękliwie te ostatnie słowa, albowiem wydało się jej, że zawierają nieco kobiecej kokieterii; zawstydziła się swej zalotności, zwłaszcza wobec rozmowy, jaką prowadzili. Natomiast nie zwróciła wcale uwagi, że słowa jej wypłynęły raczej z innego, głębszego źródła. W jego stosunku do niej przejawiało się ciągle nazbyt wiele szacunku, a za mało ziemskiej miłości, której domagała się jej ludzka, słaba natura, a za którą nieświadomie tęskniła jej dziewiczość.

Chociaż ona sama nie dosłyszała istotnej treści słów, to jednak młynarz zrozumiał dobrze ten słodki wyrzut, kryjący się w jej słowach, i uznał jego słuszność — gdy uprzytomnił sobie uczucie, jakie jej dawniej okazywał. Ale dzisiaj, kiedy stała naprzeciw niego w jasnym letnim stroju, dzisiaj podobała mu się całkiem inaczej: mimo woli ścigał ją kryjomym spojrzeniem, gdy z niezwykłym wdziękiem przesuwała się po pokoju lub pomiędzy drzewami. Wydawało się, że nastrój narzeczeństwa rozjaśnił jej istotę erotycznym blaskiem; młynarz tęsknił za tym, by pozostać z nią sam na sam. Toteż ująwszy jej rękę, mógł wypowiedzieć prawdę i najszczersze przekonanie — po raz pierwszy — że kocha ją nad życie, że ona jest tą jedyną wybraną, dla której bije jego serce każdym swym drgnieniem. Albowiem wydawało mu się zbezczeszczeniem świętego imienia miłości określić w ten sposób gorączkowy szał, który pchał go ku Lizie.

— Czemu tak mówisz? — odezwała się Hanna z wyrzutem. — To nieładnie ze względu na Chrystynę.

— Ach tak, Chrystynę kochałem także, oczywiście... bardzo... ale to była jednak inna miłość. Wyrośliśmy obok siebie, wychowaliśmy się razem, przyzwyczailiśmy się do siebie i stąd już wynikło, że pobraliśmy się... Ale nie kochałem jej tak jak ciebie.

Nie było to bynajmniej nieprzyjemnie słuchać takich zapewnień, mimo to Hanna potrząsnęła przecząco głową, jak gdyby wyrażając mniemanie, że on wmawia to tylko w siebie.

— Czy nie wierzysz, że Chrystyna znajduje się już w takim miejscu, gdzie ziemska miłość nie gra żadnej roli?... Więc czyż to grzech, że tak mówię? Doznaję wrażenia, że Chrystyna patrzy teraz na nas z nieba; jestem przekonany, że raduje się naszą miłością i błogosławi nam.

Hanna spojrzała na niego z radosnym uśmiechem; te słowa były niby wyjęte z jej własnych ust. Dzięki temu nieco drażliwy dylemat został rozwiązany w najbardziej zadowalający i najpobożniejszy sposób.

— I ja tak sądzę — powiedziała. — A w takim razie Chrystyna widzi również, jak serdecznie ją kochamy. Jakże jej jestem wdzięczna za to, że przeznaczyła nas dla siebie, że... że sama myślała o tym, kiedy jeszcze żyła. Gdyby było inaczej, nie byłabym taka szczęśliwa jak w tej chwili.