— Czyż to możliwe, moja kochana, kochana Hanno?! — zawołał młynarz i ucałował jej rękę.

— Nie było to ładnie i nie wolno było wówczas przyznawać się do tego... nie zastanawiałam się nad tym wcale, ale zdaje mi się, że kochałam cię w najtajniejszej głębi serca... A teraz wolno mi już kochać cię całym sercem.

Podniosła głowę, w oczach jej błysnęła radość.

To szczere i pewne siebie spojrzenie, ten pełny, czysty dźwięk niezmąconego niczym uczucia zakłopotały i zawstydziły młynarza. Z niesamowitą jasnością uświadomił sobie obłudę swej własnej sytuacji — a to wrażenie odzwierciedliło się widocznie na jego twarzy. Hanna zauważywszy to, pochyliła się jeszcze bliżej i pogłaskała go ręką po głowie.

— Tak, Jakubie! Wiem także, że Bóg naznaczył mi tutaj zadanie do wypełnienia, i z Jego pomocą wypełnię je.

— Ach, Hanno! Byłaś zawsze moim aniołem stróżem! — zawołał.

— Nie, nie, Jakubie! Nie należy tak mówić.

— Nie mogę powiedzieć nic innego... bo zawsze doznawałem tego uczucia. Ty jesteś tą, która mogłaby zaprowadzić mnie do Boga... Ale jeżeli mimo wszystko nie zdołam zajść do Niego? Ach, ty nie wiesz, jaki ja jestem, nie pojmiesz tego nigdy!

— Potrafię pojąć, mój przyjacielu. Przekonasz się o tym wówczas, gdy będziemy już szczerze rozmawiać o wszystkim jak para dobrych małżonków, którzy wszystko z sobą dzielą...

— Nie, nie! Dzielić?... Ach, ty nie wiesz, co się we mnie kryje... to zgoła coś innego!... Nie potrafię ci nigdy wytłumaczyć tego... ty jesteś... jesteś właśnie aniołem... czuję to. Kiedy spoglądam na ciebie, wydaje mi się, że powinienem złożyć ręce i modlić się do ciebie!...