Tak jak przypuszczał, Hanna poszła nad staw.
Usiadła na kamieniu — w tym samym miejscu, gdzie w dzień pogrzebu stała wraz z bratem i z młynarzem. Woda, ocieniona krzakami bzu, miała tę samą czarnozieloną barwę jak wówczas, obie białe kaczki pływały znowu po powierzchni stawu, niecąc świetliste kręgi, tu i tam kołysało się żeglujące piórko. Najdrobniejszy szczegół nie uległ zmianie. A jednak ową chwilę dzieliło od obecnej wszystko, co przeżyła w ciągu tego czasu. A co będzie teraz? Niebawem dom ten stanie się jej rodzinnym domem. Niechaj Bóg ma ją w swej opiece, by nie musiała siedzieć tu i płakać, jeżeli nie uda się jej za pomocą miłości rozproszyć ciężkich chmur spowijających umysł jej męża, jeżeli nie uda się jej wnieść pokoju w ten dom!
Pogrążona w poważnym rozmyślaniu, nie zauważyła, że ktoś nadchodzi, póki młynarz nie stanął tuż obok.
— Byłem przekonany, że zastanę cię tutaj — rzekł.
— Tak jest, tęskniłam za tym cichym zakątkiem. Jesteś bardzo dobry, że przyszedłeś.
Młynarz siadł na trawie.
— I ja polubiłem ten staw... od owego dnia. Ileż to razy stałem tutaj i myślałem o tobie.
— Czy to prawda, Jakubie? Myślałeś o mnie?
Ujęła jego rękę, którą oparł na jej kolanie; spojrzeli sobie w oczy z tkliwością, jeszcze nieco trwożną i skrępowaną.
— Czy wiesz, Jakubie... zdaje mi się, że owego dnia już cię kochałam.